Na lotnisku przepakowywujemy rzeczy potrzebne na tygodniowy pobyt na Wyspie Wielkanocnej, wsuwamy kolację, szybko śpimy – a rankiem wyłączywszy prąd, zakręciwszy gaz, zabezpieczywszy samochód na wszystkie sposoby, idziemy do terminalu i za dwie godziny siedzimy w samolocie zmierzającym na Wyspę Wielkanocną. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek w życiu tam się znajdę. A tu proszę, jeszcze tylko 3.500 km w powietrzu i już tam będę. Cieszę się bardzo.
Wylatujemy z Santiago rano, a na wyspę przylatujemy też rano, za sprawą dwugodzinnego przesunięcia czasu. Na lotnisku czekają już z naszyjnikami żółtych kwiatów przedstawiciele hotelu. Z wieńcami na szyji pakujemy się do auta i zanim dotrzemy do hotelu (położonego ok. 5 km za jedynym miasteczkiem a zarazem stolicą wyspy Hanga Roa), nasz kierowca przejeżdża przez miastko by nam je pokazać. Owa stolica to cztery ulice krzyżujące się jak pole szachownicy. Jest tu sporo sklepików, pare restauracji, jest pare kościołów kilku wyznań, jest szpital, boisko, szkoła, poczta, policja, urząd miasta, nawet jednostka marynarki wojennej, kino, dom kultury, muzeum… czyli wszystko, co potrzeba dla 5.000 mieszkańców wyspy (podobno 2.000 to chilijczycy, a 3.000 to autochtoni).
Teraz trzeba się zastanowić, w jaki sposób najrozsądniej zwiedzić całą wyspę i zobaczyć wszystko, co do tej pory znane nam z książek, katalogów, czy podrózniczych filmów. W mieście są biura, które za 120 dolarów oferują dwudniowy przejazd po wyspie, ze zwiedzaniem wszystkich Moai, plaż, jaskiń i co tam jeszcze wyspa ma do zaoferowania. Biura wprawdzie są, ale jakoś nie mamy szczęścia żeby trafić w porze otwarcia. Wywieszek z godzinami otwarcia brak. Okazuje się, że wszelkie formalności, łącznie z kupnem biletu do parku narodowego Rapa Nui, załatwia się bezpośrednio po przylocie na lotnisku. Widzieliśmy wprawdzie po wylądowaniu kolejkę ludzi ustawioną do jakiejś kasy, ale do głowy nam nie przyszło, że tak właśnie to tu działa. W takim razie wybierzemy się następnego dnia na lotnisko (biuro otwarte jest tylko po wylądowaniu samolotu, a ten przylatuje raz na dzień) i dokonamy odpowiednich formalności.
Siedząc w knajpie naprzeciwko małego sklepiku i zastanawiając się, co i jak zrobić, wpada mi do głowy inny pomysł. Właśnie podjechał do sklepiku miejscowy koleś bez koszuli, z nożem przy pasie, z długimi włosami, spadającymi na twarz zdradzającą indiańskie rysy. Przyjechał samochodem, który oprócz czterech kół, kierownicy i czterech siedzeń nie posiadał nic innego. Ale przecież nam tylko tego trzeba. Samochodu i kogoś, kto się orientuje w terenie. Idę więc do „Indianina“, zagaduję łamanym, bardzo łamanym hiszpańskim i po chwili jesteśmy umówieni na drugi dzień na zwiedzanie wyspy. Jeszcze tego samego dnia razem z Lusin, bo tak się nazywa nasz nowy znajomy, kupujemy na stacji benzynowej ???? bilety do parku i już jesteśmy pewni, że Lusin się tu zna. Rankiem zjawia się o dziwo punktualnie swoim nazwijmy to samochodem pod hotelem i wyruszamy w plener. Okazuje się, że samochód nie posiada nawet stacyjki, tylko zapalany jest za pomocą śrubokręta. Lusin obwozi nas po wyspie dwa dni. Pokazuje stare wulkany, podziemne korytarze, miejsca kultu pierwotnych mieszkańców wyspy, no i przede wszystkim miejsca, gdzie stoją Moai i miejsce, gdzie były one tworzone, a potem transportowane w kierunku morza. Jak i dlaczego je tworzono, jak transportowano, dlaczego zaprzestano nagle dalszego tworzenia (na miejscu pozostały dziesiątki nieskończonych rzeźb) proszę poszukać w odpowiednich źródłach. Odpowiedzi jest kilka, a tu nie miejsce by je wszystkie analizować. Zapewniam, że lektura będzie interesująca.
Do tego wszystkiego mam okazję przypatrywać się, jak miejscowi, w naszym przypadku Lusin, łowią ryby w oceanie. Lusin pokazuje mi, co i jak się robi i pozwala samemu spróbować. Zarzucam żyłkę z haczykiem nawiniętą na plastikowy rulon. I nic. Zarzucam drugi, trzeci i czwarty raz i w dalszym ciągu nic. Niestety nie udaje mi się nic wyłowić. On za to wyciąga w pół godziny trzy ryby.
W pewnym momencie znajduje się i gitara, więc mamy też koncert ludowej, sentymentalnej muzyki Rapa Nui w wykonaniu jak się okazuje nie tylko przewodnika, wędkarza, ale i artysty Lusina. Najlepszym jednak przeżyciem była jazda po urwiskach i bezdrożach tym, w czym siedzieliśmy, a Lusin nazywał to samochodem. W pewnym momencie przestraszyłem się nie na żarty i sugerując, że lepiej będzie jak wyjde z auta i poprowadze, żeby nie wpadł w jakąś dziurę (zjeżdżaliśmy z ostrej górki) uwolniłem się z tej karuzeli. Mój przyjaciel siedząc z tyłu nie miał tej możliwości, więc przeżył zjazd jako obserwator uczestniczący. Nie wiem tylko dlaczego po zatrzymaniu się na dole zaraz poszedł sikać. Po krótkiej przerwie (na siusiu) jedziemy dalej, a tu nowa niespodzianka. Nagle nadchodzi ciężka chmura i leje straszliwy deszcz. Nasz samochód, jak już wspomniałem, ma tylko to co trzeba a więc szyb w oknach nie. W ciągu minuty jestem cały mokry, Lusin też, ale on nie nosi koszuli (teraz wiem dlaczego), więc jest mu obojętnie. Tym razem mój przyjaciel ma lepiej, bo siedzi z tyłu, a tam akurat szyby są. Deszcz, jak to podobno na wyspach na środkowym Pacyfiku bywa, przychodzi nagle, leje 10 minut i nagle odchodzi. Tak też jest i tym razem, a więc szkody nie ma i zaliczyć to trzeba jako dodatkową atrakcję zwiedzania wyspy.
Pisząc na wstępie o miasteczku Hanga Roa, nie wspomniałem – a to ciekawe – że jednym z głównych środków transportu jest tu koń. Konno jeździ się do sklepu po zakupy, konno młodzież jeździ na dyskoteki, konno jeździ się do kościoła itd itd. Oczywiście są też samochody, motory i rowery, więc często można zobaczyć obrazek spotykającej się przed plazą młodzieży, gdzie jeden dojechał na motorze, drugi na rowerze a trzeci właśnie konno. Konia przywiązuje się do drzewa lub płotu i tyle.
Będąc na Wyspie Wielkanocnej nie sposób nie skorzystać z najpiękniejszych, piaskowych, zacienionych palmowymi liściami plaż. Takich jest tu kilkanaście, jednakże królową jest plaża Anakena, której zdjęcie umieściłem jako nagłówek tego artykułu. Naturalnie cienie palm oraz kremy z wysokimi faktorami nie są w stanie ochronić przed rażącymi promieniami nadpacyficznego słońca, toteż w szybkim tempie nasze skóry zmieniają kolor z bladego na czerwony z widocznymi śladami spalenizny.
Czas szybko mija, a tydzień szczególnie. Już musimy wracać. Szkoda.
Na lotnisku spotykamy trójkę turystów z Polski, którzy na trzy dni oderwali się od większej grupy zwiedzającej Argentynę a przesiadującej aktualnie w Santiago. Naturalnie obustronne zdziwienie. Jako, że samolot ma trzy godziny opóźnienia, mamy mnóstwo czasu żeby porozmawiać o tym, co słychac w kraju (wiadomości z pierwszej ręki, gdyż jeden z nich to były przedstawiciel rządu polskiego w randze ministra) i o tym, co słychać w Argentynie – tu naturalnie ja miałem więcej do powiedzenia. Przy pożegnaniu zostaję zaproszony po powrocie do kraju na wyspę Wolin i by podzielić się przeżyciami i kto wie – być może kiedyś z zaproszenia skorzystam. Z całą grupą spotykamy się jeszcze raz następnego dnia na lotnisku w Santiago. Oni wylatują na północ do Ju Juy, a my zostajemy jeszcze dwa dni w okolicach Santiago.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł