No i co ? Czy nie lepiej oglądać, strome klify, pieniące się fale, przepiękne plaże itp. itd. niż przeciskać się między drapaczami chmur, wśród biegających, zdezorientowanych ludzi? Czy stać w gigantycznych korkach, rozglądając się za wolnym miejscem do parkowania? Z mojego punktu widzenia pytania dosyć retoryczne. Mam nadzieje, że parę załączonych poniżej zdjęć wyjaśni dlaczego szybko opuściłem San Francisco. Tak piękną drogą dawno albo w ogóle jeszcze nie jechałem. Z lewej strony pieniący się wysokimi falami lazurowy ocean, po którym od czasu do czasu przepłynie wieloryb lub ławica rozskakanych delfinów, po prawej kolorowe mniej lub bardziej spadziste góry, miejscami zsuwające się wprost do morza. Trudno opisywać to roztaczające się wokół piękno, a co dopiero przez nie przejechać, koncentrując się jednocześnie na kierownicy. No, no są momenty, że zapatrzony w jakiś punkt w ostatniej chwili odbijam kierownicą, by nie wylecieć z zakrętu i nie stoczyć się w sam środek owej otaczającej piękności. Z tego punktu widzenia droga jest równie śliczna co niebezpieczna.

Szczęściem niby perełkami w kolii kalifornijska „Jedynka” (to nazwa owej wspaniałej drogi, po której jadę) poprzetykana jest cudownymi wioskami i miasteczkami, w których na chwilę można odpocząć od jednego piękna, koncentrując się na innym. Ot np. Eureka, w której zostaję na noc, a rankiem ją obiegam, może każdego zafascynować architekturą domów. Mam wrażenie, że w każdym z nich mieszka albo sam Gargamel albo przynajmniej ktoś z jego rodziny. Albo taki Fort Bragg, w którym spędzam noc przy tak zwanej Szklanej Plaży i też nie mogę się oprzeć porannemu joggingowi. Takich miejsc mam pod drodze kilkanaście. W jednych zatrzymuję się na dłużej, inne po prostu przejeżdżam. Przejeżdżam powoli i uważnie. Podobno, w którymś z tych miasteczek mieszka Clint Eastwood, a z nim zadrzeć, potrącając go przy przechodzeniu przez jezdnię, nie bardzo bym chciał.

Zadarłem za to z policją, a jak wiemy z filmów z amerykańską policją nie ma żartów. Też tak myślałem, ale rzeczywistość mija się z ekranową fikcją. Policjanci, ona i on, okazują się bardzo życzliwi i mimo sporych problemów w porozumieniu się – oni nie znają języków obcych 😉 tłumaczą mi dlaczego mnie zatrzymali, ale nie karzą mandatem, który pewnie mocno nadwyrężyłby mój budżet. O co poszło? Ano jadę sobie lekko pod górkę, z prawej i lewej strony mam ciągłą linię. Ani ja zjechać nie mam jak, ani nikt z samochodów jadących za mną nie może mnie wyprzedzić. Wyprzedza dopiero, włączywszy koguty, policja i każe zatrzymać się w niewielkiej zatoczce po prawej stronie. Co się okazuje? Jechałem jakieś 70 km/h bo z moim małym silnikiem 2,2 litra i przyczepką, szybciej pod górkę nie jeżdżę, by go nie zarzynać. Znak ograniczający prędkość wskazywał 55mil/h czyli około 85km/h. Jadę zatem wolniej niż przepisy pozwalają, a zatem według amerykańskiego prawa drogowego muszę każdorazowo, gdy tylko jest możliwość (w tym celu wybudowano sporo zatoczek) zjechać i przepuścić samochody jadące z tyłu. Dla mnie to oczywiście kłopot, bo jadąc pod górę z małym silnikiem diesla, potrzebuję po każdym zatrzymaniu sporo czasu by znów się rozpędzić, no ale cóż biedni Amerykanie mogą za to, że mam mały silnik. Oni mają duże i przeważnie benzynowe więc się nie przejmują. No nic. Dostałem upomnienie, żegnam naprawdę uprzejmych amerykańskich stróżów prawa i jak najszybciej wjeżdżam na następną górę. W Ameryce jeździć wolno nie wolno.

Szybko zatem mijają mi ostatnie kilometry Kalifornii, która z nadmorskiej zmienia się w lesistą pokrytą tajemniczą mgłą. Przede mną Mystic Forest.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł