W ciągu 200 km, dzielących mnie od Ampany, krajobraz wokól mnie zmienia się powoli, acz systematycznie. Z zielonego, wysokogórskiego, z głębokimi przełęczami i szerokimi dolinami, w miarę upływu czasu i kilometrów wynurza się seledynowy, płaski z nadmorski rybackimi wioskami i żółtymi plażami. Bardzo mi się to podoba. Szczerze mówiąc dżungli, gór i wszystkiego, co się z nimi wiąże mam już dosyć, więc z jak zwykle przyklejonym do szyby nosem, z niebywałą lubością i zadowoleniem przyglądam się temu zmieniającemu się i uciekającemu nie wiadomo, dokąd światu. Szkoda tylko, że również jak zwykle, muszę to robić w starym, rzężącym, niezbyt wygodnym i mocno zatłoczonym autobusie, w którym czas niestety mija wolniej niż znikający za oknem świat.

Znikającym dosłownie. W Ampanie, nie tylko nie ma śladu po górach i lasach, ale również po czystych i kolorowych wioskach. Brudne, małe, okropnie gorące, bez jakichkolwiek śladów życia, portowe miasteczko, po raz pierwszy w mojej długiej podróży w poszukiwaniu „szczęśliwych wysp”, napawa mnie sceptycyzmem. Jeżeli tak wygląda brama do leżących kilka kilometrów dalej wysp, to jak będą wyglądać one same? – myślę, z coraz większym trudem pokonując następną zakurzoną, pełną śmieci, ulicę w poszukiwaniu jakiegokolwiek miejsca na nocleg. Promy na wyspy kursują tylko rano, więc muszę tutaj jakoś przetrwać. Temperatura powietrza dawno przekroczyła 50 stopni, a w słońcu, przed którym nigdzie nie mogę się schronić pewnie dwa razy więcej. Ludzi, co jest zrozumiałe, o tej porze nie ma, toteż nawet nie mam się, kogo zapytać o drogę czy o hotel. Wszystkie bary i sklepiki również zamknięte, więc nie ma się nawet gdzie schronić przed lejącym się z nieba żarem, nie mówiąc o kupieniu jakiegoś chłodnego napoju. Pełna masakra. Z zalanymi potem oczami, zgięty pod coraz cięższym plecakiem i z wyschniętym do granic wytrzymałości, gardłem chodzę od zamkniętego do zamkniętego domu i dopiero, gdy tracąc nadzieję na znalezienie czegoś sensownego, szykując się w myślach do spędzenia nocy w porcie na ziemi, pod gołym niebem, zauważam na płocie ledwie widoczną, pordzewiałą tabliczkę z napisem „hotel”. Czyżby to ten odrapany w głębi dom? Kiedyś faktycznie mógł być hotelem, ale dzisiaj zupełnie na taki nie wygląda. Na wszelki wypadek jednak zapytam. Faktycznie to hotel z kilkunastoma nawet pokojami i w dodatku wszystkie są wolne. Dlaczego? Nie, nie, dlatego, że jest pora deszczowa i brak turystów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie spędziłby w żadnym z nich ani 5 minut. Smród, przegniłe podłogi i ściany, w najlepszym wypadku tylko do połowy zjedzone przez grzyb, odrzucają zanim sympatyczna i bardzo miła pani z recepcji otwiera na oścież drzwi. Nie! Zdecydowanie wolę nocleg pod gołym niebem, nawet w zaśmieconej i niezbyt przyjemnej okolicy – przekonuję sam siebie, kierując się z powrotem na rozgrzaną do czerwoności ulicę. Niech pan poczeka – słyszę, naciskając klamkę wyjściowych drzwi. Recepcjonistce jest pewnie wstyd, że w niczym nie może mi pomóc, więc na odchodnym daje mi typ, bym zapytał w drewnianym domu, tam na rogu – mówi i pokazuje, w którym kierunku iść. Tam podobno wynajmują pokoje, dodaje. Ma rację. Pokoje też nie są wprawdzie najlepsze, ale nie raz bywałem w gorszych. Jeżeli mam zostać gdzieś tylko jedną noc z reguły nie wybrzydzam – no chyba, że coś, co ma być pokojem w ogóle nim nie jest. Płacę za jedną noc, padam na twarde łóżko i czekam aż zrobi się chłodniej.

Dopiero długi wieczorny spacer wzdłuż wybrzeża (gdy temperatura znacznie spadła, a wiejący od morza wiatr mile chłodzi rozgrzane ciało), względnie dobra kolacja w jednym z otwartych ulicznych barów i cudowny zachód słońca, wyganiają, próbujący zagnieździć się we mnie sceptycyzm. Powoli znowu zaczynam być pewien, że leżące już tak niedaleko, wymarzone i długo wyczekiwane wyspy, cel mojej kilkutygodniowej podróży, będą piękne, czyste, spokojne i najładniejsze na świecie. Wracam do pokoju i z takimi marzeniami kładę się spać. Ktoś, kiedyś powiedział, że najgorzej zasypiać bez marzeń i budzić się bez celu. A że chyba miał rację, zatem wtulony w marzenia, jak w ciepłą poduszkę, szybko zasypiam, dobrze śpię i jeszcze szybciej się budzę.  

Niestety po przebudzeniu, mimo że marzenia zostają, cel znika w uderzających z impetem o portowy brzeg, falach, niby rzucony w nie znienacka kamień. Z początku nic nie zapowiada takiej gwałtownej zmiany. Ba, nawet wszystko zapowiada się świetnie. Na niebie nie widać czarnych chmur mogących zwiastować monsunowe deszcze. Na śniadanie z dużą czarną kawą, podaną na molo nad morzem, też nie mogę narzekać. A trzymany w ręku bilet na zacumowany statek płynący do Wakai (jedynego portu na archipelagu wysp Togian) sprawia, że jestem w fantastycznym nastroju. Oczami wyobraźni widzę się już snorkującego na koralowej rafie lub wygrzewającego się na złotym piasku pod palmą, na jednej z kilku leżących tuż, tuż, rajskich plaż. A jednak los chce inaczej.  Nagle mój wzrok wyobraźni się zmienia i przestaję widzieć złote piaski, błękitne zatoki i kolorowe, karalowe rafy, a wczorajszy sceptycyzm ponownie mnie ogarnia.

Przy sprawdzaniu biletu, kapitan w stroju bardziej przypominającym ubranie Robinsona Crusoe niż kapitana morskiej żeglugi, pyta czy mam zarezerwowany hotel na którejś z wysp? Nie mam – odpowiadam zgodnie z prawdą. Ooo! To niedobrze. Z Wakai nie ma żadnych połączeń na jakąkolwiek wyspę i tylko obsługa hoteli na wyspach wysyła do portu małe łódki po swoich gości – tłumaczy. Więc po mnie nikt nie przypłynie, a sam dostać się na nie nie dam rady – rozumiem.  Czyżby, zatem moje poszukiwania „szczęśliwych wysp” zakończyć się miały się w drewnianym, najmniejszym pewnie na świecie porcie Wakai? W Wakai, w którym jedynie będę mógł przesiąść się na inny statek, popłynąć na drugą stronę zatoki Tomini, do Gorontalo, stamtąd na lotnisko do Manado i opuścić Sulawesi nie zażywszy kąpieli nad koralową rafą? Rozczarowanie ogarnia mnie od stóp po spuszczoną głowę tak mocno, że nawet jej nie unoszę i nie patrzę na majaczące na horyzoncie malutkie, takie bliskie, a jednak tak bardzo odległe wyspy.

Niepogodzony z porażką, szukając w głowie pocieszających myśli przypominam sobie zdanie, które kiedyś zasłyszałem z ust niemieckiego aktora Georga Thomalli , a które nieco mnie teraz podbudowuje: „es ist unglaublich wieviele Sachen man findet, wenn man etwas bestimmtes vergeblich sucht”  („niedowiary ile rzeczy się znajduje, gdy na próżno szuka się czegoś konkretnego”). Wiem,wiem – dotyczyło one czegoś innego, innej, bardziej duchowej niż ziemskiej sfery, to jednak w tym momencie bardzo mi pomaga.  Ileż to fajnych miejsc odkryłem (Toradża, Lore Lindu), ileż ciekawych chwil przeżyłem (rejs przez Morze Moluckie, ceremonia), szukając, jak się okazuje nadaremnie, a może właśnie, dlatego nie nadaremnie, „szczęśliwych wysp Togian? Naprawdę nie mam, czego żałować – myślę, nieco już z losem pogodzony, gdy nagle, podnosząc głowę, by jeszcze raz spojrzeć na horyzont, za którym nie ma już „moich wysp”, słyszę coś, co sprawia, że moje serce ponownie zaczyna szybciej bić.

Z początku myślę, że się przesłyszałem, potem zdaje mi się, że mi się zdawało, a na końcu wierzę, że stał się cud. Cud materializujący się wchodzącym właśnie na statek chłopakiem (z daleka widać, że turysta, więc jest nas już dwóch) i rozmawiającym z kapitanem o tym samy, o czym przed chwilą ja rozmawiałem. W jego angielskiej wymowie wyraźnie słyszę niemiecki akcent, ale nie jest to teraz najważniejsze. Najważniejsze jest to, że ma rezerwację i że w Wakai będzie czekała na niego łódka.  No to Cię mam bracie – przechodzi mi przez głowę myśl, lokująca ponownie w sercu nadzieję. – Hi, skąd jesteś? – zaczynam rozmowę. Z Niemiec z Monachium mówi – ja z Aachen odpowiadam i już mam nowego towarzysza, który nie tylko okazuje się fajnym rozmówcą, ale również fajnym kompanem na dalszą podróż. Ma faktycznie zarezerwowany domek w jednym z hotelowych ośrodków (przyleciał tylko na kilkudniowy urlop, więc wszystko jest po niemiecku przygotowane i zaplanowane) i bez problemu, może mnie ze sobą zabrać . Super! Krzyczę w duszy. Znaczy na jakąś wyspę się dostanę, a co będzie dalej to się okaże na miejscu.

Z wiatrem we włosach bujamy się niedużym statkiem po wodach zatoki Tomini, mijając dziesiątki porozrzucanych na niej niczym bierki na stole, wysp. Niektóre, te większe są zamieszkałe. Do tych dopływamy, zostawiając na nich sporo towaru, wysadzając kilku pasażerów i zabierając innych. Niektóre, które omijamy w większej lub mniejszej odległości są bardzo małe i z pewnością bezludne, ale nadzwyczaj urodziwe. Tak samo zresztą, jak te większe, na których wypatrzeć można ukryte pod palmami w niedalekim odstępie od malowniczych plaż, bambusowe lub drewniane domki. To z pewnością te z hotelowymi resortami, do których muszę trafić. Z daleka wyglądają świetnie. Chyba nawet lepiej niż sobie wyobrażałem.

W Wakai, wiosce leżącej na palach, której chętnie przyjrzałbym się z bliska (na co niestety nie ma czasu), wychodzimy na drewniane molo i zanim jeszcze nasze plecaki wydostają się z luków i lądują na molo za nami, już zjawia się gość wysłany z hotelu po mojego nowego znajomego. Na szczęście nie ma nic przeciwko bym zabrał się z nimi. Czy będzie miejsce i czy będę mógł zostać, tego nie wie, ale sądząc po małym ruchu (o tej porze roku nic się nie dzieje, o czym najlepiej świadczy fakt, że na całym statku jest nas tylko dwójka „białych”), sądzi, że nie powinno być problemu. Jak nie popłynę i się nie zapytam, to nie będę wiedział – to jasne, myślę patrząc na połyskującą na dnie morza, rozgwiazdę. Ona i jescze coś w głowie szepcze mi, że będzie dobrze.

Wsiadamy w trójkę do drewnianej łódki, z zawieszonym na rufie małym spalinowym silnikiem, a ja czując na ustach pierwsze, pryskającej spod uniesionego dziobu krople słonej wody, czuję równocześnie, że właśnie zaczyna się moja przygoda z od dawna wymarzonymi wyspami.     

Na miejscu, okazuje się, że wszystko jest nie tylko dobrze, ale i znacznie lepiej. Jest śliczny ośrodek, są okazałe domki pod palmami, a w nich pokoje z klimatyzacją i jest ich sporo wolnych. Jest restauracja na plaży, a w niej kelnerzy przygotowani podać następnego drinka. Na stołach leżą półmiski z owocami, a w lodówkach chłodzi się piwo. Oczywiście jest też wifi, wypożyczalnia sprzętu do nurkowania, łodzie, którymi wypłynąć można w poszukiwanie dużej ryby, itd., itp., czyli znacznie więcej i lepiej niż oczekiwałem. Tylko czy lepiej nie jest przypadkiem wrogiem dobrego? Czy tak naprawdę wyglądać ma mój wymarzony raj?  – zastanawiam się, lustrując z pewną rozterką te wszystkie otaczające mnie sziki miki. Przecież mi właśnie o to chodzi, żeby NIE było klimatyzacji, wifi i zimnego piwa. Ze dwa lata temu w Malezji na podobnej wyspie (tyle tylko, że bez rafy koralowej), mieszkałem na plaży w namiocie i czegoś podobnego oczekiwałem tutaj. A tu jest po prostu lepiej, czyli gorzej.

 Cena za otaczający mnie luksus nie jest jakaś odstraszająca i pewnie, jeżeli nic innego nie znajdę zostanę tutaj, ale na wszelki wypadek pytam w recepcji, czy nie znają gdzieś w pobliżu lub na innej wyspie, do której mogliby mnie podrzucić łódką, jakiegoś bardziej skromnego miejsca? Znają. I to nawet bardzo blisko. Na przeciwległym cyplu wyspy mieszka tutejsza rodzina, która ma wprawdzie skromne, ale też niezłe możliwości przyjmowania gości. Dostać się tam można pieszo przez, zaczynającą się z tyłu ośrodka, dżunglę – to jakieś półtora godziny drogi, o ile się człowiek nie pogubi, albo łodzią wzdłuż brzegu – to około 20 min. Za 1 dolara mogą mnie podrzucić. Super! Wyrywa mi się z gardła już chyba po raz drugi dzisiaj. Jasne, że płyniemy. Po pierwsze dżungli jeszcze nie znam i nie będę ryzykował marszu przez nią z plecakiem, a po drugie płynąć łodzią, zostawiam sobie możliwość powrotu. Przypomniawszy sobie pokoje w hotelu w Ampanie, nie mogę być pewny, że znowu nie natknę się na coś równie nienadającego się do mieszkania.

Już wpływając do maleńkiej zielonej zatoki, kończącej się złotą plażą i trzema ustawionymi na niej drewnianymi kampingami, jestem przekonany, że tu właśnie chcę zostać. Dalsze, toczące się bardzo szybko wypadki tylko mnie w tym utwierdzają. Na brzeg wychodzi, przywitać się ze mną, kobieta z czwórką dzieci. Pokazuje skromne, ale bardzo czyste pokoje w kampingach (razem jest ich jednak 5, bo dwóch z boku wcześniej nie dojrzałem) z szerokim, osłoniętym moskitierą, łóżkiem, ubikacją, prysznicem (więcej przecież nie potrzebuję) i werandą z bujającym się hamakiem z przecudownym widokiem na zatokę, na której dnie, wybijając się spod krystalicznie czystej wody, spoczywa spora kolorowa, koralowa rafa. Proponuje wybrać, który chcę, bo wszystkie są puste. Potem pokazuje miejsce pod dachem ze stołem i kilkoma ławami, przy którym mogę spożywać przygotowane przez nią śniadania i obiadokolacje (na całej wyspie nie ma żadnego sklepu, więc jestem uzależniony od jej posiłków, ale to mi akurat pasuje). Dalej objaśnia, że wifi, ani zimnego piwa nie ma, ale jest woda ile tylko potrzebuję, a prąd włącza (za domem stoi spory agregat) od 17 do 21, bo wtedy i ona z mężem i dzieśmi oglądają telewizję. Czyż może być lepiej? – zastanawiam się patrząc na wystającą z wody rafę, wysokie palmy i mój nowy, stojący na plaży domek. Przecież oprócz tego co widzę i błękitnego nieba (teraz jest, ale czy jutro i pojutrze i w następnych dniach będzie, tego nie mogę być pewny) nic mi więcej do szczęścia nie trzeba -albo? A owoce? Ma pani też czasami jakieś owoce pytam, mimo, że wiem, iż jakakolwiek odpowiedź nie wpłynie już na zmianę mojej podjętej właśnie decyzji. Wiem, że zostanę tutaj bez wzglądu na wszystko. Owoce? – nieco zdziwiony wtrąca się do rozmowy mąż, który chyba właśnie wraca z połowu, bo w ręce trzepocą mu cztery dorodne, jeszcze ociekające wodą ryby. Owoców ma pan tu ile zechce. Wystarczy wejść do dżungli – o tu, pokazuje na prowadzącą za kampingiem ścieżkę i poszukać. Tam są ananasy, mango i sporo innych – natura ma wszystko, co trzeba, dodaje potrząsając rybami, dzieciaki się śmieją, żona częstuje szklanką zimnej wody, a ja przekonuję się, że jeżeli na ziemi istnieje gdzieś raj, to właśnie do niego trafiłem. Zostaję.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł