Bomba, o której wspomniałem w poprzednim artykule, wprawdzie wybucha, ale jeszcze nie teraz. Teraz, dopiero mój gospodarz robi wszystko, aby uruchomić jej skomplikowany mechanizm, z opóźniony zapłonem, przez co do wybuchu dojedzie dopiero jutro.

Ledwo wróciłem z cudownej wycieczki do wodospadu Saluopua, ledwo ściągnąłem kask, odstawiłem motorek i wyprostowałem nogi, a już przez mojego gospodarza bombardowany jestem nową propozycją. – Skoro dżungla, wodospad i otaczająca Tentenę natura, tak bardzo ci się podoba, to jedź jeszcze wyżej w góry do małej wioski Bombabasoea (mieszkańcy w skrócie nazywają ją po prostu Bomba), mówi mi na przywitanie. Tam dopiero zobaczysz prawdziwe cuda – dodaje i opowiada, co to tam wszystko jest, a ja słuchając o Bombie, dżungli, rzekach, wodospadach, motylach, ptakach, małpach, itd., czuję jak mi w mózgu coś się włącza i zaczyna równomiernie tykać. Nie ma co – po raz kolejny, przebijając się przez Sulawesi, odkładam na bok myśl o jak najszybszym dostaniu się do długo wypatrywanych koralowych wysp i nie zastanawiając się ani minuty, zmieniam plan. Jutro miałem jechać na północny wschód do portu Ampana i dalej płynąć na wyspy, a pojadę (o ile się da) na północny zachód do Bomby i tam zamiast snorkować na rafach będę przedzierał się przez dżunglę w poszukiwaniu, sam jeszcze nie wiem czego. Koralowe wyspy mam nadzieję nie odpłyną i poczekają kolejny dzień, a może i dwa.

Zdezolowany autobus, na oko niemający prawa ruszyć z miejsca, sapiąc, prychając i męcząc się srogo, pokonuje 70-cio kilometrowy, stromy i kręty, ale jakże uroczy, z malującymi się coraz wyraźniej w dole krajobrazami, odcinek drogi w ponad 4 godziny. Długo? Niezbyt. Przywracające o zawrót głowy widoki, powodują, że czas szybko ucieka, a gdyby autobus jechał tylko ciut, ciut szybciej, na pewno nie robiłyby takiego wrażenia. Jadąc szybko na zakrętach i nad urwiskami pewnie częściej zamykałbym oczy, bardziej koncentrował się na wyskakującym z brzucha żołądkiem (jak w czasie jazdy przez Flores) i mocniej trzymał się siedzenia, niż delektował mijanym za oknem pięknem. A jest, naprawdę czym. Nie bez kozery już w roku 1973 cały obszar Kalamanta, przez który akurat jadę uznano za rezerwat dzikiej przyrody, a następnie w roku 1977 włączono go do tworzonego przy UNESCO programu „Człowiek i biosfera”, jako rezerwat tejże właśnie. A na tym zachwyty nad tym 250.000 hektarowym, mocno zróżnicowanym topograficzne (ukształtowanie terenu waha się od 200 do 2.160 m n.p.m.) zakątkiem świata się nie skończyły i już w roku 1993 rząd indonezyjski nadał mu status Narodowego Parku o nazwie Narodowy Park Lore Lindu. Szkoda, że jadąc trzęsącym, ledwo trzymającym się drogi autobusem, nie mogę pstryknąć kilku kolorowych zdjęć, aby przybliżyć, chociaż w części to, o czym piszę. Wszystkie zrobione przez brudną szybę zdjęcia, które mam, są tak nieostre, że nie nadają się do publikacji. Jedynie, co w takiej sytuacji drogiemu czytelnikowi pozostaje, za co oczywiście bardzo przepraszam, to albo wykupić bilet na samolot na Sulawesi i osobiście przekonać się o pięknie Parku Lore Lindu, o którym piszę, albo poszperać w Internecie i znaleźć kilka profesjonalnych ujęć. Nie wątpię, że takowe tam są.

Wszystko, co przeżywam w trakcie drogi, to jednak tylko małe fajerwerki w porównaniu z wybuchem emocji, jaki czeka mnie na miejscu w Bombie. Tutaj dopiero następują prawdziwe eksplozje powtarzane w nieregularnych odstępach. Wszystko zaczyna się od niewielkiego miasteczka, ach, co ja mówię miasteczka, niewielkiej wioski, położonej na znacznej wysokości, dosłownie w centrum dżungli, która od pierwszego momentu oczarowuje mnie swoją nieprawdopodobną magią. Trawiaste boisko, wyznaczone na jedynym, w promieniu kilku kilometrów, płaskim terenie, dwie przecinające się utwardzone drogi, kilka kolorowych domów, drewniany kościół, jeden mały sklep i to wszystko okrążone olbrzymimi stromymi górami, przez które niby niebiańska rzeka, przebija się smuga puszystych chmur i gęstą, niczym wysoki płot dżunglą, z której dobywają się głośne wieczorne świergoty ptaków, jeszcze głośniejszy pokrzykiwania małp i szum spływającej po stokach wody, sprawiają, że potrzebuję chwili by się w tym nowym świecie odnaleźć i zastanowić – gdzie właściwie jestem i czego tu szukam. Że znajdę tu dużo czarów i dziwów tego jestem już pewien.

Ach! Najpierw szukam przecież noclegu. To naprawdę nie problem, gdy ma się do dyspozycji zaledwie kilka domów, z czego jeden dorodny i ładnie wykończony, już z daleka reklamuje się niewielkim, ale widocznym szyldem „homestay”. Kierowca autobusu pewnie lepiej wiedział ode mnie, czego będę szukał, więc nawet nie pytając wysadza mnie właśnie przed nim. Pytanie tylko, czy w jedynym miejscu z noclegami w centrum Narodowego Parku, będą wolne miejsca? Są. Są i to sporo. Pokoi jest sześć z tego tylko jeden zajęty. Czyżby opowieści o cudownej okolicy i naturalnych bogactwach parku Lore Lindu były przesadzone? Skoro nie ma ludzi, to widocznie nie ma też żadnych atrakcji, które by ich tu przyciągały – myślę, ale zaraz dodaję, że może niekoniecznie. W końcu mamy trzeci miesiąc pory deszczowej, a ta jak wiadomo, nie jest najlepszym okresem by wybierać się na wakacje w góry, zwłaszcza, jeżeli rocznie potrafi spaść w nich ponad 4.000 mm wody. Z tego, co wiem do Parku Lore Lindu, najlepiej przyjechać między lipcem i wrześniem. Wtedy gwarancje na dużo słońca i mało deszczu są największe, ale za to szanse na wolny i tani pokój najmniejsze. Tani, ładny pokój dostaję od ręki, a co do pogody, to patrząc na dosyć czyste, pokrywające się powoli czerwoną łuną zachodzącego słońca, niebo mam nadzieję, że monsunowe deszcze nie pokrzyżują mi zbytnio jutrzejszych planów.

W jedynym zajętym pokoju zamieszkuje trójka młodych Indonezyjczyków. Dwie dziewczyny i chłopak. Przyjechali chwilę temu na skuterach z sąsiedniego departamentu i właśnie obradują nad planem na jutrzejszy dzień. Chętnie przyjmują mnie do spółki, a ja nie rozumiejąc, o czym dyskutują (mimo że od czasu do czasu tłumaczą mi po angielsku) nie wtrącam się do ich ustaleń. Gdzie jutro pojedziemy i co będziemy robić jest mi zupełnie obojętne. Dla mnie ważne jest, że będę miał przewodników, którzy wprawdzie równie, jak ja nie znają terenu, ale znają język i mają nikłe wyobrażenie, czego szukać. A czego szukać? Dalej nie bardzo rozumiem, o czym mowa, ale wydaje mi się, że słyszę jak po raz kolejny tego dnia wybucha wspomniana już tylekroć przeze mnie bomba w Bombie. Otóż okazuje się, że bardzo niedawno, zaledwie kilka lat temu, na terenie parku odnaleziono megalityczne posągi sprzed kilku tysięcy lat, o których do dzisiaj świat niewiele słyszał, a naukowcy niewiele wiedzą. Właściwie to nie wiedzą nic, ale prawdopodobnie kamienne posągi zwane już dzisiaj megalitami z Lore Lindu z czasem staną się tak samo sławne jak kolosy z Wysp Wielkanocnych, czy inkaskie mury z Cusco, albo kamienny krąg Stonehenge z południowej Anglii. I właśnie tych poukrywanych w dżungli, w odludnych wioskach i na ryżowych polach, kamiennych ludzi sprzed kilkudziesięciu wieków, chcemy jutro szukać. Czyż to nie bombowy plan?

Zostaje tylko jeden problem. Jedyne, co muszę zrobić to wykombinować na jutro jakiś motorek dla mnie. Tym razem właściciele hostelu takowym nie dysponują, ale widzą, kto dysponuje. Sąsiad. Idziemy do sąsiada i szybko się dogadujemy. Ja daję 5 euro i benzynę, on motorek i kask i sprawa załatwiona. Teraz jeszcze tylko wspólna kolacja, modlitwa o dobrą na jutro pogodę i możemy iść spać.

Wstaję wcześnie. Tym razem z łóżka nie wyrywa mnie pohukiwanie skaczących za oknem małp, ani nawet żałosne skomlenie przywiązanych na łańcuchach psów, nie mówiąc o chóralnym pianiu kogutów, zwiastujących nadchodzący dzień. Z łóżka jeszcze przed świtem wypędza mnie dzisiaj po pierwsze ciekawość pogody (będzie padać czy nie będzie?), a po drugie wysoki poziom adrenaliny, towarzyszący chyba każdemu odkrywcy, czującemu, że lada chwila ujrzy coś, czego niewielu ludziom przed nim widzieć się udało. Wprawdzie nie czuję się ani żadnym odkrywcą, ani nawet podróżnikiem, szukającym niezwykłych przygód, ale wczorajsza zapowiedź niecodziennej ekspedycji i szansa na odnalezienie, nieznanych szerokiej opinii publicznej, archeologicznych skarbów, ukrytych w wysokich górach Sulawesi, faktycznie nie pozwala mi długo leżeć w łóżku. Wychodzę przed dom, spoglądam w górę – jest dobrze. Nad dżunglą rozciąga się powoli jaśniejące, różowiejące od wschodu, niezmącone przesadną ilością chmur, niebo. Z tych kilku obłoków, deszczu nie będzie – wyrokuję, ciesząc się, że pożytek z nich ewentualnie taki, że schowawszy od czasu do czasu pod sobą upalne tropikalne słońce, dadzą w trakcie wycieczki trochę wytchnienia i ochłody. Temperatura już teraz przekracza 20 kreskę, a słońce przecież jeszcze nie wzeszło na widnokrąg.

Moi nowi towarzysze nie są tacy niecierpliwi jak ja. Śpią do samego śniadania, ale zaraz po nim wszyscy dosiadamy naszych dwukołowych biegusów i ruszamy w drogę. Kierunek dżungla. Pierwszy długi linowy wiszący, strasznie się bujający, jak po nim przejeżdżamy, most, zapowiada nie lada atrakcje, z którymi przyjdzie się nam mierzyć po drodze. Jak w prawdziwej przygodowej powieści mamy przed sobą niemal wszystko, co proponuje dżungla i okolice. Wiszące mosty, drewniane kładki, błotniste ścieżki, kamieniste urwiska, ryżowe pola (nie zawsze przejezdne, więc niektóre musimy omijać), niewydeptane trakty, leśne przesmyki i inne takie, towarzyszyć nam będą przez cały dzień. Jednak nikt nie narzeka. Miała być przygoda, to jest. Szczęście, że oprócz bezdroży, pól i lasów mijamy także małe zamieszkałe osady. W nich możemy zaciągnąć języka. Haha, możemy! Moi znajomi mogą. Sam bez znajomości tutejszej mowy nie dałbym rady niczego tu znaleźć. Co poniektórzy tubylcy wprawdzie słyszeli coś o jakiś kamieniach i wykopaliskach, ale tylko niektórzy są w stanie określić, w jakim kierunku mamy ich szukać. Kluczymy, szukamy, pytamy i w końcu coś mamy. Tablica informująca o pracach wykopaliskowych wskazuje, nie tylko, że jesteśmy na miejscu, ale również, że jesteśmy jednymi z pierwszych, jak nie w ogóle pierwszymi, gośćmi na terenie powstającego właśnie archeologicznego parku. Prace nad przystosowaniem terenu do potrzeb turystycznych (karczowanie lasu, budowa betonowych alejek doprowadzających do wydobytych z ziemi kamiennych figur, opisywanie eksponatów itp.) zaczęły się we wrześniu tego roku, a więc nie mniej nie więcej tylko 3 miesiące temu. Niektóre kamienne posągi są już ładnie wyeksponowane, inne leżą jeszcze w ziemi, czekając na swoją kolej, a jeszcze inne pewnie w ogóle nie ujrzały dotąd dziennego światła. Jest ich już sporo, a z pewnością z czasem będzie jeszcze więcej, tylko czy z czasem przybędzie też wiedzy na ich temat? Na razie wiadomo tylko, że ich powstanie datuje się na czas od 3.000 lat p.n.e. do 1.300 roku n.e., że wytworzone są z szarego kamienia, nieobecnego nie tylko na obszarze całego parku, ale i dalszych okolicach (???), że poza ogromnymi wazami, dzbanami i kamieniami, których znaczenia nie można się na razie domyśleć, niektóre reprezentują też ludzi, jednak bez kończyn, a jedynie z twarzami i wyraźnie zaznaczonymi genitaliami i że figury najczęściej mają wysokość w granicach 1,5 – 2,5 m, a najwyższa mierzy aż 4 m. Do tej pory zagadką pozostaje, kto, jak i przede wszystkim, po co je wyrzeźbił i tu postawił? Tym bardziej zagadkowe jest to, że owe prehistoryczne megality, niezgrupowane są w jednym miejscu, a porozrzucane na bardzo dużym obszarze, wychodzącym prawdopodobnie poza granice parku. Opierając się o szorstki tors jednego z kamiennych ludków, czuję się trochę jak onegdaj na Wyspach Wielkanocnych, dotykając tamtejszego kamiennego kolosa. O nim też nauka niewiele wie, ale mimo wszystko przyciąga do siebie rocznie miliony, rządnych dotknięcia go lub pstryknięcia sobie z nim wspólnego zdjęcia, turystów, a tutaj jestem zupełnie sam. Czy to się kiedyś zmieni? A może nie powinno? Może lepiej w taki sposób znajdować pomniki minionych kultur, niż przeciskać się przez przywiezione autobusami i uzbrojone w długie obiektywy aparatów fotograficzne, tłumy? Czas pokaże.        

A to, jak już wspomniałem nie jedyne megality, na które można się natknąć na ogromnym terenie parku. Podobno są też takie, które już od dawien dawna leżą sobie odsłonięte gdzież na polach, tylko do tej pory nikt się im nie przyglądał, a tym bardziej się nimi nie interesował. Ot miejscowi rolnicy obsiewają wokół nich pola, nie zdając sobie sprawy, z czym mają do czynienia, a tym bardziej nie zadając sobie trudu, by je gdziekolwiek przenieść lub coś z nimi zrobić. Jeden taki leży na przykład tu gdzieś niedaleko. Skoro tak to jedźmy go poszukać – zgadzamy się wspólnie i ponownie, jeździmy, pytamy, szukamy, znowu jeździmy, a na końcu nawet idziemy. Przejezdna droga kończy się tam gdzie zaczyna się podmokłe ryżowe pole. Jechać wiadomo, nie da się, ale co z tego, jak nawet nie bardzo da się iść. Kto raz próbował przejść przez ryżowe pole w trakcie pory deszczowej, to wie, o czym piszę. Mimo wszystko próbujemy. Ciekawość odkrywcy jest jednak zdecydowanie silniejsza niż lęk przed błotem i przemoczonymi butami. Opłaca się. Kilkanaście minut przedzierania się wąskimi groblami, owocuje dotarciem do leżącego w wysokiej trawie brunatnego megalitu. Zupełnie inny niż te w górach w archeologicznym parku. Przede wszystkim z innego kamienia i w innej formie, ale twarz jakby podobna. Wszyscy jesteśmy okropnie podekscytowani. Jasne, że nie jesteśmy odkrywcami, bo nawet rolnicy, siedzący obok w bambusowej chacie, obcują sobie codziennie z leżącym megalitem sprzed kilku tysięcy lat i nic sobie z tego nie robiąc, nawet nie robią sobie z nim zdjęcia, ale jednak trochę się za takich uważamy. Przecież dotarliśmy do leżącego sobie w polu, okrutnie ważnego w dziejach historii ludzkości, archeologicznego skarbu, o którym spoza Indonezji, ba spoza Sulawesi, czy nawet tylko spoza tego regionu nikt nic nie wie! Mam dziwne uczucie. Gdyby mnie ktoś teraz zapytał – co najciekawszego widziałem w trakcie mojej podróży przez świat – z pewnością, bez namysłu i od razu odparłbym, że porozrzucane po Parku Lore Lindu megality. A gdyby następnie ten ktoś ze zdziwieniem w oczach wypowiedział długie, niedowierzające – aaaaacha, to myślę, że właśnie tym długim „aaaaacha”, opisałby stan panujących we mnie emocji, gdy siedząc na kamieniu z ludzką twarzą, sprzed kilku tysięcy lat, pozuję do zdjęć.

Emocji na dzisiaj jeszcze nie koniec. Nie byłbym sobą, gdybym nie poprosił moich towarzyszy o poszukanie jeszcze jednej rzeczy. Pomnikami kultury i starowiecznych cywilizacji nacieszyliśmy się już do syta. Czas więc by w dżungli między wąwozami, skałami i wiszącymi lianami poszukać czegoś innego, jakiegoś pomnika otaczającej nas natury. Kto mnie zna wie, o czym myślę. Kurcze musi tu w okolicy być jakiś wodospad (!), a zanurzenie się pod nim, po całym dniu tropienia śladów przeszłości, będzie niewątpliwie znakomitym zakończeniem wyprawy – przekonuję. Wszyscy się ze mną zgadzają. Znowu pytamy, znowu szukamy i znowu znajdujemy. Mały, ukryty w skalnej wyrwie wodospad doskonale spełnia moje i nasze oczekiwania. Dopiero teraz w poczuciu znalezienia wszystkiego, co można było w jeden dzień znaleźć (pewnie dla poszukiwaczy tego typu skarbów tydzień, ani dwa by nie starczyły) w Parku Lore Lindu, wracamy pod wieczór do bazy.

Dla mie powrót kończy się jeszcze jedną nieplanowaną i niestety niezbyt przyjemną przygodą, ale o tym cicho sza, bo nie może się wydać. Zjeżdżając, jako ostatni z linowego mostu, chcąc dogonić grupę, nierozważnie, będąc już na kamienistym stromym nasypie, zbyt mocno odkręcam manetkę gazu i musi się to skończyć tylko w jeden nieunikniony sposób. Motorek leci do przodu, ja do tyłu, po czym razem, ale osobno, suniemy się kilka metrów po kamieniach w dół. Na szczęście nic poważnego się nie stało. Motorek oprócz niewielkich zadrapań, niewidocznych na tle innych starszych nie doznał poważniejszych obrażeń i nawet odpala za pierwszym razem, a ja oprócz bólu w małym palcu u ręki i dziury w spodniach też wychodzę z tej kraksy cało. Nie ma więc o czym mówić, tym bardzie, że po powrocie do domu otrzymuję niebagatelną propozycję.

Umawiamy się, że jutro do Tenteny wracamy wszyscy razem na ich dwóch skuterach. Super! Jest tylko jedno, ale. Dziewczyna, z którą mam jechać boi się prowadzić motorek z dwiema osobami, czyli muszę prowadzić ja. Czy mogę w takiej sytuacji wspominać o wywrotce? Jasne, że nie. Nie odmówię przecież takiej propozycji, bo co może być przyjemniejszego, niż jazda przez górzyste Sulawesi z wiatrem we włosach, błyskiem w oku ogarniającym bajkowe pejzaże i dziewczyną na tylnym siodełku? Nie ma problemu – mówię. Jedziemy.

70 km w dół pokonujemy znacznie, znacznie szybciej niż przedwczoraj autobus drapał się w górę i po zaledwie niecałych dwóch godzinach jesteśmy w mieście. Prawie jesteśmy. Ku mojej uciesze na pożegnalny posiłek jedziemy na poznaną już przeze mnie przedwczoraj plażę Siuri, z tym, że tym razem wjeżdżamy do ośrodka, który ostatnio ominąłem. Wydawał mi się zbyt sziki miki jak na indonezyjskie warunki i jak na to, co lubię i czego szukam. Mam rację. Jest sziki miki i to jak :), ale w dobrym towarzystwie i przy smacznym jedzeniu już mi to nie przeszkadza.    

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł