Zabierając się do spisania wspomnień z wysp Tongan, mam pewną rozterkę. Nie tyle nie wiem, jak się do tego zabrać, ile czy w ogóle. Od momentu otworzenia laptopa i sięgnięcia pamięcią do upojnego czasu na plaży w zatoce Tomini, targają mną dwie zupełnie przeciwstawne emocje. Z jednej strony, przeżywając ponownie wszystkie cudowne, spędzone na rafie, na plaży czy w dżungli chwile, wydaje mi się, że każda z nich jest tak bezcenna i jednorazowa, że by nie umknęła pamięci, zasługuje na osobny rozdział (nasza noblistka, Olga Tokarczuk twierdzi, że chwila nie zapisana lub nie opowiedziana przemija i w zapomnieniu umiera), więc musiałbym opisać ich tyle, że i miejsca i czasu na blogu, by nie stało. Z drugiej zaś, świadom jestem, że ani mój warsztat pisarski, ani najzgrabniej dobierane słowa, z których z mozołem starałbym się „perlić zdania jak z pereł kolię” (Marek Grechuta) nie są, w stanie opisać tego, co przez kilka dni się wokół mnie działo, więc nie wiem czy ma to jakikolwiek sens.  – Pisać or not pisać? – oto jest pytanie.

Shekspirowska dramaturgia sięga zenitu, gdy jednak mimo wszystko, poprawiam krzesło, zbieram w całość rozbiegane myśli i kładę palce na klawiaturze. Pisać! Z pewnością tak. Ale niedużo. Po raz pierwszy od czasu prowadzenia bloga, postaram się mniej pisać, a więcej pokazywać. Mam zamiar umieścić dwukrotnie więcej zdjęć niż miałem w zwyczaju dotychczas i wierzę, że oddadzą one znacznie lepiej atmosferę „moich szczęśliwych wysp”, niż jakiekolwiek, nawet najpiękniejsze słowa.

Idąc tym tropem, próbując jak najlepiej zilustrować stan, w jakim się znajduję schodząc z łodzi na rozgrzany piach, niewielkiej plaży ograniczonej z jednej strony jaskinią, wyżłobioną przez uderzające w skalny klif fale, z drugiej zieloną, gęstą, pnącą się po stromym stoku, dżunglę, z trzeciej długim drewnianym molem, a z czwartej, czyli za mną błękitnym morzem, z którego wyłania się raz po raz odkryta spływającą po sobie wodą, koralowa rafa. Nie bez przesady będzie porównać go do stanu, w jakim znajduje się mocno spragniony koneser wyskokowych trunków, wchodzący do sklepu monopolowego. Wszystko dookoła jest śliczniutkie i pyszniutkie i chociaż jeszcze tego nie wiem, już wkrótce bardzo będę musiał uważać by nie zachłysnąć się wlewającymi się we mnie emocjami, jak dobrym, wysokoprocentowym alkoholem i nie popaść w emocjoholizm, którego pierwsze oznaki odczuwam już tego wieczora. Bardzo szybko i chyba zbyt łapczywie, rzucam się na wszystko, co na małej wysepce matka natura rzuca mi pod nogi. Tak jestem spragniony otaczającej mnie natury, że zapominając o dawkowaniu sobie przyjemności, piję z niej jak z przysłowiowego dzbana i następnego dnia rano budzę się na niezłym kacu, z zakwasami mięśni, czerwoną od słońca skórą i całkiem sporym bólem głowy. Nic dziwnego skoro wczoraj, zanim jeszcze na dobre rozgościłem się w drewnianym domku przy plaży, od razu pobiegłem do dżungli szukać ananasów, ze dwa, a może i trzy razy wskoczyłem do wody popływać nad koralową rafą i biegiem zwiedziłem sąsiedni dosyć luksusowy, ale prawie pusty, ośrodek hotelowy z długim molem, wypielęgnowanymi ścieżkami i kilkoma wybudowanymi bezpośrednio na rafie domkami (obsługa nie ma nic przeciwko, bym mógł spacerować po ośrodku i korzystać z mola), a wszystko to z gołą głową i bez koszulki. Dobrze, że dzień nie był długi i w końcu wieczorem, usiadłszy na przybrzeżnym murku zmęczony, ale szczęśliwy, jak pijak po wypiciu flaszki Johny Walkera, wpatrujący się w stawianego przed nim następnego drinka, zauroczyłem się pięknem zachodzącego za szumiącym, lekko falującym morzem, słońca i nieco zwolniłem.

Dzisiaj, trzymając oburącz głowę, obiecuję sobie, że nie będę już tak szalał. Och ileż to razy w życiu, po imprezie, z bólem głowy, obiecywałem sobie, skończyć z tańcami, hulankami i swawolami? I nigdy nie wyszło 😉  Teraz nie jest inaczej. Ledwo wychodzę na oblaną porannym słońcem plażę, ledwo do uszu dociera szum fal, a do oczu blask zatopionych pod nimi raf, a już z rurką i okularami pływam nad nimi, zapomniawszy o bólu głowy, spalonych plecach i obolałych mięśniach. Do śniadania mam już przepłynięte kilkaset metrów. Potem szybki posiłek, kilka minut w hamaku, dżungla, ananas, rafa, molo i obiad. Po obiedzie rafa, spacer, dżungla rafa zachód słońca. Następnego ranka wschód słońca i wszystko od nowa. Naprawdę można się uzależnić i chociaż coraz bardziej zdaję sobie z tego sprawę, coraz mniej mnie to obchodzi, aczkolwiek jestem ciut przezorniejszy niż pierwszego dnia. Przeciwko słońcu staram się mieć zawsze coś ubrane, więc skóra już tak nie piecze. Na rafie pływam często, ale nie długo, a po dżungli nie muszę długo chodzić, bo już wiem gdzie szukać ananasów, kokosów i drzew mango, więc ręce i nogi też już tak nie dokuczają, a po porannym bólu głowy, jak u wytrawnego emocjoholika, dawno nie ma śladu, więc wszystko gra. Bez problemu codziennie rano podchodzę do baru i zamawiam następną kolejkę niezłych emocji. Może jutro będę rzygał rafą, błękitem nieba, najwspanialszą turkusową wodą i pachnącą owocami dżunglą, ale czy ktokolwiek zastanawia się nad tym podnosząc do ust kolejnego drinka? 😉 Powoli upajam się cała zawartością postawionej przede mną kolejki. Mógłbym wprawdzie powiedzieć sobie – stary sącz, będziesz miał na dłużej, ale Stary Sącz, to przecież zupełnie, co innego, a tu ani czasu ani przyjemności nie muszę sobie dozować. Zamiast słomki do sączenia biorę maskę, rurkę i płetwy i idę upajać się kolejnym drinkiem „na ex”.

Jeżeli ktoś myśli, że siedzenie na wyspie koralowej i codzienne, niemalże rytualne powtarzanie tych samych czynności, może się znudzić, jest w błędzie. Przynajmniej częściowo. Nie wiem oczywiście jakby było, gdybym na wyspie mieszkał kilka miesięcy lub kilka lat? W ciągu kilku dni, a nawet tygodni powtarzane codziennie zajęcia – pływania na rafie i spacerowania po dżungli, nie mają się prawa znudzić. Nie znaczy, to jednak, że zdarzających się od czasu do czasu nieoczekiwanych innych atrakcji, nie witam z radością i uśmiechem. Zdarza się, że gospodarz zabiera mnie łodzią na poranny połów, bym sam sobie wyciągnął z wody obiad (codziennie na obiad jest ryba, ale zawsze inna i zawsze inaczej przygotowana), albo jego synowie, młodzi chłopcy, proponują morską wyprawę na sąsiednie bezludne, wielce malownicze wyspy, otoczone również koralową rafą, na której mogę sobie dowoli posnorkować lub poznani sąsiedzi z hotelowego resortu zaproszą na wieczorne ognisko i tak to się wszystko układa, że o monotonii, a już na pewno o nudzie mowy nie ma.

Naturalnie mógłbym na moich szczęśliwych, rajskich wyspach siedzieć jeszcze długo, długo dłużej, a może nawet jeszcze dłużej, ale i tym razem nadchodzi w końcu czas, że zaczynam pakować plecak, żegnam się z sympatycznymi gospodarzami, przepływam po raz ostatni nad rafą do mola i z powrotem, jeszcze raz podziwiam wschód i zachód słońca, siadam do przycumowanej do kamienia łódki i zostawiam za sobą, to czego tak długo szukałem. Nie żałuję. Nie wiem, co bardziej każe mi opuścić tak wspaniałe miejsce. Może faktycznie strach przed uzależnieniem? A może nie czuję się na tyle święty bym tak długo mógł przebywać w „rajskim miejscu”? Czy też po prostu jakiś wewnętrzny zegar wybija właściwą godzinę, naddając sygnał do odwrotu?  Pewnie tak. Pewnie nadszedł czas by zamknąć jedno i otworzyć drugie. Takich lub podobnych miejsc jeszcze pewnie wiele przede mną, więc trzeba ruszyć i iść ich szukać.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł