„Na początku trzeba było podjąć bardzo trudną decyzję – gdzie zorganizować ceremonię i późniejsze wesele. Sułtan miał do wyboru (!) 1788 sal balowych w swoim pałacu. Księżniczka Hafizah i jej przyszły mąż siedzieli pod liczącym ponad metr wysokości baldachimem ze złota i bardzo skromnie się uśmiechali do zebranych gości, a ich było ponad trzy tysiące…

Jedynie za jedzenie sułtan zapłacił (!) 40 milionów dolarów! Mógł sobie jednak na to pozwolić, bo jak mówią wszelkie rankingi, jest jednym z najbogatszych mężczyzn na świecie. Nie żałował, zatem pieniędzy na zaślubiny swojej 32-letniej córki. Panna młoda miała na sobie sukienkę, która od góry do dołu pokryta była kryształami i szlachetnymi kamieniami. Na głowie – diadem wypełniony diamentami i szmaragdami. Pan młody wprowadzi się wraz ze swoją żoną do gigantycznego pałacu, w którym będzie prowadził wyśnione życie. Do dyspozycji będzie miał 200 tys. metrów kwadratowych…

Sułtan Brunei wydał za mąż swoją czwartą córkę księżniczkę Hajah Hafizah Sururul Bolkiah. To był najdroższy ślub na świecie. Sam catering opiewał na kwotę 409 milionów dolarów…”

Prawda, że ten krótki tekst, opisujący zaślubiny córki sułtana Brunei, brzmi jak wstęp do baśni z krainy tysiąca i jednej nocy? Tak przynajmniej wydaje się ,gdy się coś takiego czyta, a ja kiedyś, bardzo, bardzo dawno temu, w czasach, kiedy jeszcze nie było Internetu tzn. gdzieś tak w drugiej połowie lat siedemdziesiątych XX wieku, właśnie czytałem podobny opis sułtańskiego wesela w Brunei, w jednej z niewielu wychodzących wtedy w Polsce gazet. Nie pamiętam już której. Czy to była Trybuna Robotnicza, Dziennik Zachodni (który trzeba było mieć zawsze w sobotę, bo był w nim program telewizyjny na cały tydzień dla wszystkich, czyli dwóch, programów), Polityka, Przekrój lub Przyjaciółka, które czytywali moi rodzice? Na tą okazję mieliśmy nawet w kiosku założoną teczkę, bo gazeta w tamtych czasach była towarem deficytowym. A może Filipinka?  – ulubione czasopismo mojej siostry, które jej czasami podkradałem, by sprawdzić, czym interesuje się płeć przeciwna? Czy też może Świat, Perspektywy lub Kontynenty, które czasami udało się zdobyć spod tak zwanej lady, czyli po znajomości? Mógł to też być ewentualnie nasz lokalny Gwarek, który co wtorek w Tarnowskich Górach czytali wszyscy i dlatego też niełatwo było go dostać? Młodsi czytelnicy przyzwyczajeni do otrzymywania informacji natychmiast i czytania gazet za pomocą jednego kliknięcia w telefon, pewnie posądzają mnie teraz o mroczne konfabulacje, celem podniesienia dramaturgii opisu, ale naprawdę nie o to mi chodzi. Przywołując tamte lata i problemy z nimi związane pragnę jedynie zwrócić uwagę, jakie wrażenie musiało wywrzeć na mnie, czyli na młodym chłopcu marzącym o plecaku ze stelażem, wakacjach na Mazurach lub najnowszej płycie SBB, owo wydarzenie w dalekim Brunei. Teraz, bagatela, 40 lat później, siedząc w autobusie gdzieś na północnym wybrzeżu wyspy Borneo, przypominam sobie tamte chwile, tamten artykuł i skóra mi cierpnie na plecach z wrażenia, że to, co kiedyś wydawało mi się baśnią z 1001 nocy, mam teraz w zasięgu ręki. W sumie to bardziej nogi, niż ręki, bo właśnie autobus zatrzymuje się na granicy i wszyscy musimy wyjść. Zatem pieszo, a nie w luksusowym Rolls Royce przechodzę pod wielkim szyldem z napisem Brunei Darussalam, bo taką pełną nazwę nosi ów ociekający złotem sułtanat, który tak od czasów dzieciństwa ulokował się w mojej głowie i nigdy jej nie opuścił. Szybko dokonuję wszystkich paszportowych formalności – jeden stempel, drugi stempel, wyjechał, wjechał, itd., po czym ponownie siadam do autobusu i jadę dalej. Czeka mnie jeszcze prawie godzina jazdy do Banda Seri Begawan, baśniowej stolicy, baśniowego, jak mi się wydaje, kraju. A wyobraźnia już zaczyna hulać.

Trudno jej się dziwić skoro obciążona takimi wiadomościami, jak ta wyczytana przed laty, nie może się już dokończać konfrontacji z rzeczywistością. To przede wszystkim, a poza tym już sama nazwa Brunei, czy raczej jej pochodzenie, też skłania do popuszczenia wodzy wyobraźni. Otóż w roku 1363 Alak Bettar, oddzielił odkryty właśnie skrawek ziemi od Malezji (której władcy już w XIII wieku stworzyli państwo i przyjęli islam) przyjął imię Muhammad Shah i stał się pierwszym sułtanem nowego państwa. Podobno wtedy, zobaczywszy ów skrawek ziemi, z którego chciał uczynić swój kraj, miał zawołać „Baru nah”, co w wolnym tłumaczeniu może brzmieć: „To jest to!”. Z czasem dwa słowa Baru nah leksykalnie przekształciły się w jedno Brunei. Jakie wielkie wrażenie musiały zrobić na przyszłym sułtanie, te tereny, skoro ochrzcił je takim mianem? – zastanawiam się, wypatrując pierwszych cudowności za szybą autobusu. Czy na mnie też takie zrobią? Czy ja też postawiwszy już nogę na sułtańskiej ziemi – zawołam „To jest to? Wkrótce się przekonam.

Brunei Darussalam, to monarchia absolutna z sułtanem, jako oczywiście najważniejszą osobą, który jednocześnie jest głową państwa i szefem rządu. Z powierzchnią 5765 km² Brunei jest jednym z najmniejszych państw na świecie, chociaż nie takim małym jak niektórzy sądzą, znając tylko nasze małe państewka europejskie jak: Andora 468 km², Malta 316 km², San Marino 61 km², Liechtenstein 160 km², Monako 2,02 km², Watykan 0,44 km² czy Giblartar 6,55 km² . Brunei jest zatem ponad 10 krotnie większe od  naszej największej Andory, i żeby przejechać je ze wschodu na zachód trzeba przemierzyć ponad 150 km, z tym, że faktycznie zdecydowana większość tej drogi prowadzi przez niezamieszkałe tereny. 75% powierzchni Brunei zajmują lasy zwrotnikowe, co już widzę przez okno, za którym umyka gruba ciemnozielona ściana, a gospodarka kraju oparta jest na eksploatacji oraz przetwórstwie ropy naftowej i gazu ziemnego, czego na razie nie widzę, bo nigdzie ani nie kręcą się naftowe szyby, ani nie płoną gazowe kominy.  

Po dotarciu do stolicy jeszcze mocniej przyklejam nos do szyby i wyobrażacie sobie, w jakim napięciu wypatruję pierwszych Rolls Royce, kapiących złotem dachów, ludzi obranych w ekstrawaganckie stroje, itp. Słowem wypatruję, tego, czego można się spodziewać po krainie z 1001 nocy w XXI wieku i nic. Nic z tych rzeczy. Wprawdzie Banda Seri Begawan, do którego centrum właśnie się zbliżamy, robi bardzo przyzwoite wrażenie, szczególnie na tle sąsiednie Malezji i jej miast, ale to tylko tyle. Domy są ładne, chociaż nie porażają specjalnym stylem, architekturą czy wykończeniem. Ulice są szerokie i równe, ale nie jeżdżą po nich krążowniki szos ani nawet samochody z najlepszych światowych salonów. Wokół roi się od bardzo zadbanych parków, ale i w nich nie widać przepychu i ogólnie jest bardzo czysto. Tylko czegoś brak. Czegoś nie widać w ogóle. Ludzi? Gdzie są ludzie? Kompletny brak na ulicach ludzi. Pewnie taka pora, myślę zerkając na ostro piekące słońce, że nikt o zdrowych zmysłach nie wychodzi z domu. Termometr dawno przekroczył 50-tą kreskę.

Natomiast coś, co bardzo się rzuca w oczy to i ilość i bogactwo meczetów. Czyżby na nich miało się zaczynać i kończyć bogactwo całego kraju, którego, jak już widzę, złudne wyobrażenie przygnało mnie na drugi koniec świata? Sprawdzam. Faktycznie to nie Brunei należy do najbogatszych państw świata tylko jej właściciel i władca Sułtan Hassanal Bolkiah Mu’izzadin Waddaulah, który jak sądzę, śmiało może cytować Ludwika XIV mówiąc z francuska -„Letat cest moi” (państwo to ja). Sułtan Brunei uznawany jest za jednego z najbogatszych ludzi na świecie. W 2011 roku magazyn Forbes szacował jego majątek na 20 miliardów. Natomiast mieszkańcy Brunei z około 30 tys. PKB na głowę, plasują się na podobnej liście w okolicach Polski, daleko za np. Luksemburgiem z ponad 100 tys. na osobę, Makau 80 tys., czy Niemcami 45 tysięcy. Co trzeba jednak sprawiedliwie absolutnemu władcy ponad 430.000 Bruneiczyków oddać, to to, że za lojalność i posłuszeństwo nagradza swój lud darmową służbą zdrowia, oświatą i innymi, w zależności od widzi mi się, cukierkami. Przypomina mi to takiego pana, który w podobny sposób za posłuszeństwo i oddanie nagradzał w połowie lat siedemdziesiątych spracowany lud Polski. Pamiętacie? Służba zdrowia i szkolnictwo też było darmo, czasami nawet czekolada czy zielone pomarańcze z Kuby pojawiały się w sklepach. Ech tak fajnie było, że panowie z kabaretu „Salon Niezależnych” napisali o tym wiersz, który pewnie spodobałby się i w Brunei, gdyby tylko znali polski:

„W pewnym kraju dalekim, ot niedużym, niemałym,
mieszkał sobie raz książe w swym pałacu wspaniałym.
Miał ten książe swą gwardię i karety miał cztery
Miał, też mundur galowy, a na nim ordery.
Raz przemawiał do ludu.
Lud już miał okrzyk wznieść, gdy usłyszał:
– Od dzisiaj dwa i dwa będzie sześć.
Tu mu jakoś przerwali, w oczach mieli żal szczery.
Zawołali – nieprawda! Dwa i dwa to jest cztery!
Ale ten, co wołał najgłośniej po kryjomu gdzieś zginął
Inni zniknęli bez wieści i słuch o nich zaginął.

Nie minęło lat wiele, a już książe jest nowy.
Nowy w księstwie porządek, nowe w zamku osoby.
Ten też lubił przemawiać. Uniósł w górę swą pięść
I powiedział: – Od dzisiaj dwa i dwa, będzie pięć!
Na to dwóch wystąpiło, w oczach mieli żal szczery.
– Nieprawda! Dwa i dwa to jest cztery!
Ale tu wyciągnęli po nich ręce gwardziści. Po chwili
złapali i przed władcy oblicze doprowadzili.
A ten wziął ich do siebie i uśmiechnął szeroko.
Potem spojrzał im w oczy, potem westchnął głęboko
I zapytał – Czy źle wam? Macie, co pić i jeść.
Czy chcecie, żeby znowu dwa i dwa było sześć?

No cóż, po raz kolejny doświadczam rozczarowania, konfrontując wymyślony świat, zrodzony dawno, dawno temu w mojej głowie z wprawdzie piękną, ale nie tak bajkową, jak oczekiwałem, ociekającą złotem i kosztownościami, rzeczywistością. Tym razem jednak nie boli. Może dlatego, że świadomie i podświadomie, nie wierze już w bajki z 1001 nocy, a może dlatego, że z okna bardzo schludnego, dobrze wyposażonego, klimatyzowanego hostelu, widzę cztery mieniące się w blasku zachodzącego słońca, pozłacane wieże meczetu, które z daleka i o tej porze przypominają nieco te z bajki. Może więc nie wszystko stracone? Może po prostu po ciężkim, gorącym, dniu czas pójść spać i sobie sporo marzeń na jutro namarzyć? Podobno najgorzej zasypiać bez marzeń i budzić się bez celów.

Cel mam od samego rana. Żeby przestało się śnić, a zaczęło przytrafiać, zaraz po śniadaniu ruszę w stronę czterech wież. Oczywiście przed śniadaniem, w brzasku wychodzącego na wysokie niebo słońca, zgodnie z rytuałem rozpoczynam dzień kilkukilometrowym biegiem. Jestem w końcu w nowej stolicy, nowego państwa, a jak pamiętacie od kilku już lat mam takie hobby, że każdą świeżo poznaną stolicę markuję sobie takowym właśnie biegiem, przy okazji którego już nieco poznaję teren, co później znacznie pomaga mi przy zwiedzaniu.

No dobra – odhaczam w moim hobbystycznym notesiku bieg po Banda Seri Begawan, jem super dobre śniadanie, wliczone w cenę noclegu (co w hostelach nieczęsto się zdarza), pakuję plecak z dużą ilością wody i przekąską i mogę was zabrać i ruszać na spacer po mieście, który trwał będzie dwa dni, ale dla potrzeb bloga i żeby nie zanudzać szczegółami tak go poskładam i opiszę żeby wyglądał na jedną całość, pokazując przy tym moim zdaniem najładniejsze i najciekawsze miejsca. Oczywiście tylko te, które zdążę zobaczyć.

Zaczynam, jako się rzekło od widzianych z okna hostelu czterech wież, czyli leżącego raptem 500 metrów ode mnie meczetu Jame’Asr Hassanil Bolkiah Mosque. W jednej chwili, niczym za dotknięciem czarodziejskiej wróżki, ponownie przenoszę się w pozostawiony daleko hen za sobą dziecięcy świat i moment, gdy z wypiekami na twarzy czytałem artykuł o bogactwie Brunei. To czego nie widać na ulicach, pokrytych szarością codziennego dnia, odsłania się w kapiących bogactwem ornamentów, złota i marmurów meczetach i otaczających ich ogrodach. Autentycznie, momentalnie po przekroczeniu progu meczetu, doznaję bajkowych, niesamowitych, wrażeń, o które pewnie budowniczym takich świątyń chodzi. Jednak świadomość, że bajka zaczyna i kończy się wzdłuż ogrodzenia cudownego, zielonego parku z kilkoma fantastycznymi fontannami, a na zewnątrz toczy się zwykłe szare, uciążliwe życie wielu set tysięcy mieszkańców, lekko szokuje i nie pozwala się wymarzonej bajce wybajczyć do końca.

Miły chłód w przewiewnych łukowatych salach modlitewnych i przedsionkach świątyni, sprawia, że nie zauważam szybko przesuwającego się po widnokręgu słońca i coraz bardziej wylewającego się z niego żaru. Mimo, że nie spędzam w Jame’Asr Hassanil Bolkiah Mosque jakoś nad wyraz dużo czasu, to jednak w te kilkadziesiąt spędzonych w jego murach minut temperatura na zewnątrz wzrasta o kilkanaście kresek powodując, że po wyjściu dostaję w twarz uderzenie gorącego powietrza, jakiego doznać może chyba jedynie hutnik otwierający wlot do pieca szybowego i nie bardzo wiem, gdzie się przed nim schować. Jedyne, co mogę zrobić to przesunąć kapelusz bardzie na skronie, chowając pod jego rondem i czoło, i oczy i wierzyć, że po drodze do centrum spotkam cokolwiek co da mi cień i wytchnienie. Pod kapeluszem na wszelki wypadek, by pot nie zalał mi oczu, noszę jeszcze bawełnianą przewiewną czapeczkę muzułmańską kupioną w Kazachstanie. Niezbyt pomaga. Po kilku minutach oczy i cała twarz zalewa się potem, a skóra aż jęczy od gorąca. A przecież jeszcze nie ma dwunastej. Co to będzie w południe i później myślę z niedowierzaniem, patrząc na brak cienia pod nogami i jakiegokolwiek zadaszenia w zasięgu wzroku. Koszmar.

Cztery kilometry do centrum pokonuję w iście sportowym tempie, nie bardzo ciesząc się cudną widokowo ścieżką wzdłuż rzeki Brunei, wpadającej niedaleko stąd do zatoki Brunei. Śliczne to tu wszystko dookoła, tylko jak mi się tym delektować, skoro mam wrażenie, że każda kolejna kropla potu spływająca spod mokrego i rozciągniętego kapelusza po szyi i plecach może być tą ostatnią. Łatwo sobie wyobrazić, z jaką ulgą i radością wchodzę do pierwszych, nie tylko ocienionych, ale w dodatku klimatyzowanych pomieszczeń. Moja radość jest tym większa, że owe pierwsze zabudowania kryją w sobie coś, czego tym razem nie szukam, a znajduje się ot tak samo od siebie. Ot fart – oprócz przyjemnego chłodu i zimnej wody z automatu dostaję tu znacznie więcej. Znajduję się właśnie w centrum obsługi turystycznej i z pierwszej ręki dostaję wszelkie potrzebne mi do zwiedzania miasta informacje, mapy etc. Za radą uprzejmego pana z biura dalszą część zwiedzania zmieniam z lądowej na wodną.

Tak jest w południowej porze, gdy słońce doskwiera najbardziej, najlepiej uciec na osłoniętą daszkiem, bujającą się po falach Brunei niewielką łódkę i łapiąc trochę wiatru, trochę orzeźwiającej bryzy, przypatrzeć się miastu od innej strony. Tym bardziej, że taka prawie dwugodzinna przejażdżka oferuje dosyć bogaty program. Do tego jeszcze dopisuje mi trochę szczęścia, bo szukając przystani z łodziami spotykam znajomą z hostelu. Dziewczyna z Chin, której imienia nie wypowiem, a tym bardziej nie napiszę, jako i ja, za radą tego samego gościa w tym samym biurze, zamierza zrobić przejażdżkę po wodzie, wobec czego jest nas dwoje, co w efekcie obniża o połowę koszty, jak się za chwile okaże, bardzo atrakcyjnej wycieczki. Można by nawet jeszcze trochę pogadać, „ale jak tu takiej Chince spojrzeć prosto w oczy?” 😉

Bujając się lekko na falach, przepływamy na drugą stronę, gdzie w odróżnieniu od w miarę bogatego, czystego nowoczesnego centrum znajdują się stare, biedne, składające się w większości z drewnianych wybudowanych na palach domostw, dzielnice zwane Kampong Sungai Bunga Water Village (wioski na wodzie). Ludzie, których o tej porze i tutaj nie widać zbyt wielu, bo gorące słońce jednako nie oszczędza i biednych i bogatych, poruszają się po drewnianych, również wzniesionych na palach chodnikach, opisanych w przewodniku, jako Kampong Ayer Walking Trail, a że deski w nich są stare i jak sądzę nie często konserwowane, przeto trzeba bardzo patrzeć pod nogi, by przypadkiem nie wpaść do chlupiącej pod spodem wody. Samo wpadnięcie do wody przy tej temperaturze powietrze nie byłoby pewnie czymś bardzo przykrym, ale niestety i tutaj woda w kanałach wydrążonych po domami i chodnikami służy równocześnie, jako śmietnik i zetknięcie się z nią niechybnie może się skończyć śmiercią lub kalectwem. Patrząc, zatem uważnie pod nogi, próbuję jednocześnie nie odrywać wzroku od tego, co na górze. A na górze, zwłaszcza w niektórych miejscach robi się zupełnie przyjemnie. Powiedziałbym nawet romantycznie. Niektóre kolorowe, domki z zadbanym obejściem i uroczymi, kwiecistymi ogródkami są jak perełki rzucone na śmietnisko i miło się chwilę przy nich zatrzymać. Drewniane pomosty chaotycznie rozchodzące się i schodzące w różnych zupełnie logicznie nie niewytłumaczalnych punktach sprawiają, że im bardziej oddalam się od miejsca wysiadki z łodzi tym bardziej czuję się jak w ogromnym labiryncie, a że nie zabrałem ze sobą kłębka nici, przeto przezornie trzymając się cały czas rzeki nie zagłębiam się w mrowisko drewnianych domów i po chwili wracam do przywiązanej do pala przy schodach łodzi. Moja chińska towarzyszka wraca prawie w tej samej chwili. Jeszcze razem szybciutko oglądamy nieduże, ale wyposażone w sporo zdjęć eksponatów i informacji muzeum wodnych wiosek i ponownie wsiadając do łodzi obieramy kurs na dżunglę i schowany w niej sułtański pałac.

Pałac lekko rozczarowuje, bo jest na tyle daleko, że trudno mu się przyjrzeć, natomiast dżungla daje nam wszystko to, czego od niej oczekujemy: mnóstwo gatunków małp, przeróżnych ptaków, a jak się ma szczęście lub pecha, zależy jak na to spojrzeć to i krokodyl potrafi przepłynąć tuż przy burcie łypiąc zdradliwie wystającymi tuż nad wodą oczami. Szczęścia do przyglądania się przeróżnym mieszkańcom tropikalnych lasów mamy akurat tyle by sporo ich zobaczyć i zdrowo i cało wrócić. Nie wiem natomiast jak określić nasze szczęście, co do pogody. Niebo nagle zasłania się grubymi chmurami, pozwalając nam nieco odsapnąć od coraz bardziej doskwierających, żarzących promieni słońca i to jest super, ale jednocześnie psuje wspaniały widok na zieloną ścianę lasu i ukryty w niej w znacznej odległości sułtański pałac, do którego nijak dopłynąć bliżej i to jest gorzej. Cóż – „coś za coś” jak głosi stare porzekadło, a z dwojga złego, chyba chwilowe zniknięcie słońca, a nawet drobny, krótkotrwały deszcz lepiej nam robi, niż przyglądanie się czemukolwiek z ciągle przymrużonymi oczami. A i dżungla zroszona nieco wodą staje się żywsza, zieleńsza i świeższa, nie wspominając o wybuchu ruchu, jaki nagle wzmaga się w konarach drzew i nurtach wody. Nie trwa to jednak długo. Zaledwie w oddali ukazują się ponownie drewniane osadzone na palach domki, zaledwie przepływamy pod imponującym wiszącym mostem Raja Isteri Pengiran Anak Hajah Saleha Bridge, a już ponownie odkryte słońce dobiera się do naszych rozgrzanych do czerwoności ciał. Uff jak gorąco.

Z łodzi szybko uciekam do centrum. Tu chowając się między domami, nie narażając głowy na bezpośrednie zetknięcie z palącymi promieniami lejącymi się z zupełnie już czystego nieba, przyglądam się jak żyje ulica jednego z najbogatszych, jak mi się dotąd wydawało państw świata. Żyje skromnie, ale z pewnością nie biednie. Nawet duże targowisko (targ Tiamu Kiangeeh, to też spora atrakcja miasta), które zwykle w tej części świata bywają siedliskiem śmieci, bezdomnych psów i żebrzących ludzi, tutaj jest czyste i zadbane. Tyle tylko, że ceny też niezbyt pasują do tej części świata. Są zdecydowanie wyższe niż np. w sąsiedniej Malezji, ale tak nie mogę się oprzeć kilku przepięknie wystawionym tropikalnym owocom, które najpierw pożeram oczami, a wydobywszy z dna kieszeni kilka drobnych brunejskich dolarów (wiedząc, że nie zabawię w Brunei długo nie wymieniałem ich zbyt wiele) zębami i wszystkimi kubkami smakowymi. Uwielbiam je.

Z ustami pełnymi owoców opuszczam targowisko i przechodząc przez szeroką ulicę wpadam, niemal nie pod koła, bo ruch słaby, tylko na dziwnie wyglądający budynek. Niewielki czerwony zatopiony w otaczające go wieżowce, zupełnie nie pasuje do otoczenia. To Teng Yun Temple mała buddyjska świątynia świadcząca, o jako takiej tolerancji religijnej bardzo jednak muzułmańskiego sułtanatu, a przechodząc jakiś czas później obok z kolei katolickiego kościoła umacniam się w tym przekonaniu i przeczytana w przewodniku notatka o strukturze religijnej Brunei już mnie tak nie zaskakuje. Wjeżdżając do Brunei byłem przekonany, że oprócz muzułmanów i meczetów niczego innego tutaj nie znajdę, a w rzeczywistości okazuje się, że islam plasuje się wprawdzie na pierwszym miejscu, ale z zaledwie 75% wyznawców Allacha : islam –75,1%, buddyzm – 8,6%, tradycyjne religie plemienne – 6,2%, katolicyzm – 5,0%, protestantyzm – 4,4%, brak religii – 0,4%, hinduizm – 0,3%

Wieczorem, lejący się z nieba żar nieco ustaje, pozwalając swobodnie spacerować pod gołym niebem. Wracając do hostelu ponownie wchodzę na drewniane kładki, łączące ze sobą drewniane palowe zabudowy ubogich dzielnic, starając się znaleźć inną drogę powrotną, od drugiej strony miasta. No i udaje się, a oprócz nowej, wielce interesującej drogi labiryntem drewnianych mostów, znajduję dodatkowo kilka niebanalnych miejsc z ukrytym w gęstwinach dżungli cmentarzem i następnym bardzo urodziwym meczetem Tamoi Mosque, na czele. Zbliża się zachód słońca, więc z minaretów rozbrzmiewa na cztery strony świata śpiewny ezan zakończony każdorazowo słowem azan, wzywający pięć razy dziennie, muzułmanów do modlitwy, więc tym razem nie chcąc przeszkadzać w wieczornych obrzędach, nie wchodzę do środka świątyni i obchodząc ją tylko dookoła ruszam dalej do domu.

Wydawać by się mogło, że po obejrzeniu kilku niezwykłych meczetów przyzwyczaiłem się do ich przepychu i bogactwa i nic nie jest już w stanie mnie zaskoczyć. Nieprawda. Meczet Sultan Omar Ali Saifuddin Mosque, główny meczet stolicy Brunei, przysłaniając swoją urodą wszystkie dotychczasowe, zaskoczy każdego i zawsze. Miejsce jest absolutnie magiczne. Wprawdzie już wczoraj, przechodząc obok niego mogłem się nieco przygotować na dzisiejsze wielkie wow, ale nie mogłem przypuszczać, że będzie aż tak. Malowniczość terenu jest wprost nie do opisania, a mnie dodatkowo oprócz architektury i wystroju wnętrz zaskakuje to, że w środku zobaczyć można absolutnie wszystko. Wszędzie można wejść, wszystkiego można dotknąć i nawet nie ma znaczenia czy się jest kobietą czy mężczyzną, co zaskakuje najbardziej. To naprawdę rzadkość by kobiety tak swobodnie (odpowiednie ubranie tzn. zasłonięte ramiona i nakrycie głowy oczywiście obowiązuje) mogły poruszać się po wnętrzach meczetu.

Tak mnie to miejsce i inspiruje i zachwyca, że mimo wczesnej porannej pory (przyszedłem wcześniej by podziwiać nie tylko meczet, ale i wschodzące nad nim słońce), postanawiam pozostać w Banda Seri Begawan aż do wieczora, by przyjść tu ponownie i zobaczyć to wszystko jeszcze raz, ale w scenerii, czerwonego, zachodzącego słońca. Naprawdę może być bajkowo. I jest. Gdy przed zmierzchem ponownie staję na placu przed meczetem z wycelowanym weń obiektywem, jestem tak bardzo zachwycony i miejscem i budowlą i rozciągającym się wokół pejzażem, że bez cienia wątpliwości i przesady mogę stwierdzić, że dla tego jednego momentu i widoku warto było wpaść, choć na chwilę, do Brunei Darussalam, mojego wymarzonego w dzieciństwie państwa.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł