Jeszcze dobrze nie usiadłem, jeszcze nie zacząłem pisać, a już muszę prosić niektórych czytelników o zaniechanie dalszego czytania. Wszystkich o słabszych nerwach i większej empatii do zwierząt, proszę by zajęli się w tym momencie czymś innym: praniem, sprzątaniem, myciem okien lub czymkolwiek, byleby tylko dalej nie czytali i nie oglądali zamieszczonych poniżej zdjęć.

Jeżeli ktoś decyduje się jednak pozostać, a chce również pozostać przy zdrowych zmysłach, proponuję zaparzyć sobie porcję silnej kawy, wziąć coś na uspokojenie i zanurzyć się wygodnie w głębokim fotelu, bo uprzedzam, że będzie ostro, drastycznie i bardzo krwawo. Ponadto ostrzegam, że za wywołane artykułem skutki uboczne nie odpowiadam. Skoro zdecydowałem się opisać i pokazać na zdjęciach przebieg ceremonii Toradżów znaczy, że sam jeszcze całkowicie do zdrowych zmysłów nie powróciłem.

Niebo nad Toradżą rozgrzewa okrutny żar, wiszącego pionowo nad ziemią słońca, gdy parkuję swój motorek w cieniu kilku palm, tuż przed niewielką wioską. Właściwie to tuż przed bambusową bramką, prowadzącą na duży piaszczysty plac na froncie, której widnieje duże zdjęcie siwej kobiety i kilka niezrozumiałych dla mnie napisów. Dochodzi południe. Normalnie o tej porze z powodu ogromnego upału, w tej części świata, niewiele się dzieje. Tutaj jest inaczej. Jest spory ruch i dużo zamieszania. Razem ze mną pod bramę podjeżdżają, motorki, busiki, pik-upy, wszystkie pełne ludzi, a do tego ze wszystkich stron, schodzą się tłumy pieszych, z których większość taszczy na ramionach, przywiązane do bambusowych tyk, żyjące i głośno kwiczące, świnie. To z pewnością przybywają na ceremonię goście z okolicznych wiosek. Nie mam, zatem najmniejszej wątpliwości, że trafiłem i dojechałem do miejsca, w którym albo już się zaczęła, albo za chwilę się zacznie toradżańska ceremonia, czyli rytualne obrzędy śmierci.

Szybko staje mi się jasne, że zdjęcie nad bramą, to zdjęcie niedawno (aczkolwiek nie wiem jak niedawno, bo może to być kilka dni, kilka tygodni lub miesięcy, a nawet i kilka lat temu – za chwilę wyjaśnię dlaczego) zmarłej kobiety, którą przed ostatnią podróżą do nowego świata przychodzą pożegnać nie tyko członkowie rodziny, ale i mieszkańcy okolicznych wsi. Toradża bowiem wierzą, że ziemskie życie jest tylko przejściowe i tylko życie pozagrobowe (w Puya) jest znaczące. Kiedy człowiek umiera, dusza wprawdzie opuszcza ciało, ale pozostaje w następnym środowisku. Ciało jest więc balsamowane i składane na zapleczu domu do czasu zakończenia ceremonii pogrzebowej, co może trwać nawet kilka lat. Im wyższy status zmarłej osoby, tym dłużej ciało jest przechowywane w domu i tym większe oczekiwania, co do szczególnie okazałego pogrzebu. Zmarły przebywający w domu traktowany jest, jako jedynie śpiący członek rodziny, którego się odwiedza, do którego się mówi, a przy łóżku stawia jedzenie i picie. Dzisiaj zwłoki przeważnie traktuje się formaliną, uzyskując w ten sposób mumifikację opóźniającą proces rozkładu. W przeszłości częściej je balsamowano. Toradżowie wierzą, że zmarły, aby odbyć podróż w zaświaty (do Puya), potrzebuje błotnych bawołów, które są symbolem władzy i bogactwa (białe uważane są za najcenniejsze) i że im więcej takich bawołów poświęci tym szybciej tam dotrze. Oczywiście im wyższa za życia była reputacja zmarłej osoby tym więcej trzeba po śmierci poświęcić bawołów i tym dłużej czeka się na ostatnie pożegnanie.

Obyczaj każe, by każdy z gości przyniósł rodzinie zmarłej jakiś prezent. Najczęściej jest to żywe prosię, stąd tylu przybyłych dźwiga na ramionach tyczki z przywiązanymi doń zwierzętami, które złożone w zacienionych rowach, lub pod dachami domów, okrutnie się męczą i ryczą w niebogłosy. Bywają także inne podarunki czy to w postaci kogutów (również żywych) czy alkoholu albo biżuterii. Szkoda, że moi gospodarze nie uprzedzili mnie o tym zwyczaju. Przyjechałem z pustymi rękami i mimo, że nikt niczego ode mnie nie wymaga i absolutnie nikomu nie przeszkadza moja obecności, to jednak czułbym się znacznie lepiej, ofiarując rodzinie zmarłej przynajmniej paczkę papierosów lub butelkę wina, co również jest mile widziane, nawet od niezwiązanych z tradycją Toradżów, turystów. Jeżeli ktoś wybiera się w te strony i będzie chciał wziąć udział w ceremoni, proszę o tym pamiętać.

Już tutaj, przed bramą, prowadzącą pewnie do zupełnie innego świata, aczkolwiek z pewnością nie jest to jeszcze ten, w którego stronę wybrała się patrząca na mnie ze zdjęcia staruszka, wszystko jest zupełnie inne niż do tej pory poznałem. Młodzież ubrana w ciemne kolory, co nie jest typowe dla mieszkańców Toradża, gromadzi się w grupach pod daszkami tongkonan i chociaż sporo rozmawiają, nie słychać jakiegoś nadzwyczajnego gwaru. Starszyzna płci męskiej odziana w tradycyjne pogrzebowe szaty, dyskutuje przed bramą żywo, gestykulując rękami, jakby miały one dopomóc wyrazistości półgłosem wypowiadanych słów. Za to zebrane w kółko pod palmą kobiety, w długich sukniach i chustkach na głowie, zachowują się raczej cicho, wydając jedynie od czasu do czasu półgłośne pojękiwanie przypominające lament lub płacz. Przyglądam się wszystkiemu przez chwilę, ale okropny kwik leżących w rowach świń, obrzydliwie grzejące słońce, a nade wszystko ogromna ciekawość tego, co znajduje się po drugiej stronie bramy, nie pozwalają mi dłużej czekać. Idę.

Przechodzę przez bramą i oczom mym ukazuje się ogromna, jeszcze stosunkowo pusta, rante. Rante to specjalne ceremonialne miejsce. Duży piaszczysty plac otoczony czerwono czarnymi bambusowymi domkami z pomieszczeniami dla gości, na końcu, którego znajduje się tonngan, główne miejsce uroczystości. Miejsc w bambusowych pokojach, przypominających ogromne klatki musi być dużo, bo w uroczystościach pogrzebowych, które mogą trwać nawet kilka dni biorą udział setki osób, a wszyscy muszą nie tylko gdzieś siedzieć, ale i mieć na tyle dużo miejsca by móc spokojnie jeść, donoszone, co chwila posiłki. Jedzenie na głębokich talerzach przynoszą jednakowo ubrane w czerwone kostiumy kobiety, wychodzące z pierwszego przy wejściu domu. Zaglądam do środka. To jedna wielka zorganizowana na klepisku garkuchnia. Mnóstwo palenisk, ogromne kotły i stosy talerzy, świadczą z jaką ilością jedzenia trzeba się liczyć. A co w garach? Przeważnie leżące i kwiczące wszędzie dookoła świnie. Co chwila wynosi się jedną z nich na polanę za domkiem. Tam wprawnym ruchem ręki, któryś z mężczyzn wbija jej długi szpikulec pod żebro. Spod kwiczącego, a więc żyjącego jeszcze zwierzaka momentalnie wycieka stróżka krwi, wsiąkając w coraz bardziej czerwoną ziemię i zanim wypłynie jej ostatnia kropla, następny mężczyzna opala już sierść dużym strumieniem ognia. Za chwilę zwierzę jest cięte na kawałki, wrzucane do kotłów, gotowane i podawane gościom. Dzieje się to tak szybko, że mam wrażenie, że leżące na talerzach porcje mięsa jeszcze zupełnie nie umarły. Wydaje mi się, że wydobywa się z nich ciche pokwikiwanie, mieszające się z tym przerażająco głośnym, żyjących jeszcze, związanych i czekających na swoją kolej w obrzydliwych warunkach prosiaków.

A to jeszcze nie koniec okropności, których dzisiejszego popołudnia będę świadkiem. Gdyby ciekawość strojów, tańców i innych egzotycznych obrzędów, niezwiązanych z zabijaniem zwierząt, nie była większa od obrzydzenia, jakie ogarnia mnie patrząc na maltretowane zwierzaki, pewnie od razu bym stąd odjechał. Ale nie! Zostaję. Aczkolwiek z coraz szybciej bijącym sercem. Na arenę po raz pierwszy wprowadzane zostają wodne bawoły. Po kolei prowadzone są przez swych właścicieli, przeważnie młodych chłopców, przed oblicze czcigodnych gości, którzy, nie wiem, w jaki sposób i czym się sugerując, wybierają jednego i przywiązują go do pala przed domem zmarłej. Dzisiaj wybrano „tylko” jednego, ale często bywa, że wybiera się kilka. Tym razem rodzina zmarłej nie jest pewnie zbyt zamożna, a i sama zmarła nie była pewnie nikim znamiennym w tutejszej społeczności, więc kończy się na jednym. I całe szczęście. Z przerażeniem myślę, co by było gdyby wybranych byków było więcej. Już się domyślam, co się z nimi stanie, ale przez głowę mi nie przechodzi, że będzie to aż tak drastyczne (!)

Po paradzie byków, w trakcie której wszyscy cały czas piją, jedzą i dobrze się bawią, przychodzi moment kulminacyjny imprezy. Przed bramą układa się żałobny kondukt, na czele którego stoi Aluk (w systemie wierzeń Toradżów, odpowiednik chrześcijańskiego kapłana). Aluk odprawiając chyba jakiś rytualny taniec, wymachując długowłosą trzciną i dziwnie wyginając ciało, prowadzi kondukt przez plac do stojącego po przeciwnej stronie żałobnego domu, w którym czeka już chór ubranych na czerwono kobiet. Im bardziej kondukt zbliża się do domu, tym głośniejsze wydobywają się z niego śpiewy.

Nagle śpiewy ustają. Kobiety witają żałobników, zapraszają do domu, w którym na każdego członka rodziny czeka odpowiednie miejsce. Wszystko milknie i w jednej sekundzie dzieje się coś, czego nie zapomnę do końca życia. Do przywiązanego przed domem byka podchodzi trzech mężczyzn. Dwaj trzymają powróz trzeci, najpierw dłonią wymacuje na szyi zwierzęcia odpowiednie miejsce, po czym jednym wprawnym ruchem przecina aortę, z której niczym z fontanny wylewa się struga ciepłej, czerwonej krwi. Byk z całej siły zrywa się w tył. Nie rozumie, że wszystko na nic. Jego próby zerwania się z grubych sznurów, nie są w stanie uwolnić go przed powolną, długo nienadchodzącą śmiercią. Z rozciętą szyją szarpie się w lewo, w prawo zmieniając, ku ogólnej uciesze przyglądającej się gawiedzi, piaszczyste pole w coraz większe brunatne błoto. Po kilku, może kilkunastu minutach (dla niego to pewnie cała wieczność) wół pada na kolana. Jego oczy po raz ostatni wodzą po uciekającym sprzed nich świecie, a ja przez ułamek sekundy widzę w nich gasnące niczym zdmuchnięta świeczka, życie. Gdy odwracam wzrok, byk przewraca się na bok i chlupiąc coraz rzadziej, w rytm słabnącego serca, krwią, za chwilę umiera złożywszy głowę w brunatnej mazi piasku i własnej krwi. W tym czasie dzieci, zebrane w koło umierającego zwierzęcia, przypatrują się jego agonii z coraz większym zainteresowaniem, a stojące kilka kroków dalej kobiety, ubrane w różowe kostiumy, rozpoczynają rytualną pieśń w rytm tłuczonego grubymi drągami, w drewnianym korycie, ryżu. Cierpnie mi skóra i mimo, że wiem, że śpiewami i tańcami Toradża wyrażają nie tylko swój żal, ale chcą też uczcić, a nawet rozweselić zmarłą osobę, którą czeka długa droga w zaświaty, mnie patrzącemu na leżącego w kałuży krwi byka, nie przynosi to ulgi.

Byk pewnie jeszcze nie wyzionął ducha, gdy od strony bramy rusza nowy pochód. Goście z darami, związanymi i kwiczącymi prosiakami, spieszą złożyć i je na placu rzezi przed domem zmarłej. One też wnet zostaną poddane rytualnej śmierci. W tym czasie śpiewy i tańce wzmagają się z podwójną mocą. Rozpoczęte w trakcie marszu konduktu żałobnego poetyckie Ma’akatia, do którego bujające się w rytm monotonnej melodii kobiety ubrane w kostiumy z długimi piórami śpiewają poetycką pieśń, przypominającą widzom o hojności i lojalności zmarłej, zmieniają się w głośne pochwalne śpiewy w rytm tłuczenia ryżu i następne w nieco cichsze, ale urozmaicone misternym tańcem. Zmiany natężenia głosu, szybkości tańca i jednostajny stukot drągów o drewniany spód koryta wypełnionego ryżem, nadają tej chwili niesamowitej dramaturgii i mistycyzmu. Tuż po ceremonii uboju bawoła i świń, wszystko kończy się radosnym Ma’dondan, tańczonym przez klaszczące w dłonie grupy chłopców i dziewcząt.

W tym czasie ofiarowany bawół jest skrupulatnie ćwiartowany, a pokrojone części składane są na kilku palmowych liściach. Jedynie głowa, zarżniętego zwierzęcia, na której położono jego serce (tak mi się wydaje, że to serce, ale nie wiem, jakie ma to znaczenie) zostaje na miejscu kaźni ku uciesze wpatrzonych w nią dzieciaków. Gdy część mężczyzn, przy zawodzącym śpiewie kobiet i tańcach młodzieży, rozcina byka, inna grupa zajmuje się ubojem złożonych w ofierze świń. Jest ich sporo, o czym świadczy straszliwy ryk, wydobywający się jednocześnie z ich spienionych pysków. Nie wiem ile. Nie tylko nie liczę, ale nawet już nie patrzę. Starczy mi za wszystkie czasy.

Patrzą natomiast i liczą inni. Nie, nie tylko dzieci, nie tylko rodzina i goście. Są też tacy, którzy patrzą bardzo uważnie i jeszcze uważniej zapisują. Jedni należą do rodziny i dokładnie notują, kto z gości przyniósł w prezencie ile świń, bo jeśli ktoś z jego rodziny umrze, prezent ma być odwzajemniony tym samym gestem. Drudzy należą do państwa. Jako, że państwo indonezyjskie również zarabia na ceremoniach (pewnie dlatego rytualny ubój jest i długo będzie legalny) ci stojąc przy wejściu równie skrupulatnie liczą i zapisują przyniesione dary, aby obliczyć nałożony później na rodzinę podatek. Nic więc dziwnego, że zmarły na swoją ostatnią podróż musi czekać czasami latami, skoro rodzina nie tylko opłacić musi przynajmniej jednego wodnego bawoła, a te są bardzo drogie (słyszałem, że ceny sięgają kilku, a nawet kilkudziesięciu tysięcy euro, co w warunkach indonezyjskich jest zawrotną sumą), to jeszcze musi zapłacić podatek od prezentów. Podobno w Indonezji, na pogrzeb zaczyna się oszczędzać w momencie urodzin, a że życia czasem nie starczy, przeto czeka się na niego jeszcze po śmierci. Kiedyś w PRL-u zaczynało się podobnie, w momencie urodzin, oszczędzać na mieszkanie, ale chyba dostawało się je jeszcze za życia? Ktoś pamięta? No cóż – co kraj, to obyczaj, wszędzie widać trzeba na coś czekać.

Po kilku godzinach współuczestnictwa w ceremonii Toradżów, czuję, że mam dosyć. Mimo bardzo przychylnej mi atmosfery, mimo namawiań do dłuższego pozostania i wspólnego biesiadowania, mimo kilkukrotnego częstowania mnie talerzem pełnym ciepłego, chyba jeszcze pachnącego krwią, mięsa, na które, mimo że jestem mięsożerny, patrzę z nieukrywanym obrzydzeniem (ciekawe jak na moim miejscu zachowywaliby się tutaj wegetarianie, weganie lub członkowie Towarzystwa Ochrony Zwierząt?), powoli kieruję się ku wyjściu. Ceremonia trwać będzie jeszcze długo, prawdopodobnie nie skończy się nawet jutro, ale tak jak na polskim weselu, po najważniejszej części, zaczyna się już tylko picie i jedzenie, co przestaje być dla mnie interesujące. Żegnając rodzinę zmarłej (przed jak się dowiedziałem dziewięcioma miesiącami), 86 letniej kobiety, ściskając ręce kilku wychodzących do mnie gości, po raz ostatni patrzę na zamknięte, oczy i obciętą głowę byka i opuszczam ceremonialną rantę. Wsiadam na motorek i ruszam ku innej, bardziej dla mnie i mojego żołądka łagodnej cywilizacji. Jadę się nieco przestroić do Makale, stolicy regionu.

Po drodze dziwne, przeciwstawne uczucia targają moimi myślami. Z jednej strony cieszę się, że byłem świadkiem czegoś tak egzotycznego i tak dla mnie niepojętnego. Z drugiej strony nie jestem w stanie zaakceptować takiej formy obrzędów i chyba lepiej by było gdyby ich nie było. A jak sobie jeszcze pomyślę, że nie tak dawno, bo przed dotarciem na te tereny holenderskich misjonarzy, takich ceremonii odbywało się znacznie, znacznie więcej, to aż skóra mi cierpnie na plecach na myśl, jakiego koloru była tutejsza ziemia. Kiedyś, Toradża organizowali ceremonie częściej, bo, odprawiając osobno rytuały śmierci i rytuały życia, okoliczności do rytualnych obrzędów, mieli więcej. Aluk, jako nie tylko skomplikowany system wierzeń, ale też połączenie prawa, religii i zwyczajów, kierując życiem społecznym, praktykami rolniczymi i rytuałami przodków, mimo, że w szczegółach różnił i różni się w zależności od wioski, to jedną zasadę, ogólnie przyjętą, miał i ma niezmienną: rytuały śmierci i rytuały życia muszą być od siebie oddzielone. Toradżowie wierzą, że wykonywanie rytuałów śmierci może zniszczyć ich ciała, jeśli połączy się je z rytuałami życia. Rytuały śmierci nazywane są rytuałami „zstępującego dymu”, podczas gdy rytuały życia nazywane są rytuałami „wstępującego dymu”. Oba rodzaje rytuałów były zawsze równie ważne i równie często obchodzone, dlatego ceremonie odbywały się tak często. Kiedy jednak Toradża stali się chrześcijanami, holenderscy misjonarze zabronili im uczestnictwa i wykonywania rytuałów życia. Pozwolono im jedynie kontynuować wykonywanie rytuałów śmierci. W rezultacie rytuały śmierci są praktykowane do dziś, podczas gdy rytuały życia zanikły. I chwała Bogu i Bogu dzięki.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł