Sulawesi, dawniej zwana Celebes, to wyspa leżąca najbliżej Borneo. Od portu Nunukan, czyli malutkiego punktu na mapie, które nawet nie jest ani miastem, ani osadą, a w którym akurat jestem, dzieli mnie do niej zaledwie kilkadziesiąt mil morskich. Mogę mieć zatem nadzieję, że jedyny stojący przy moście statek popłynie właśnie w jej kierunku. Chyba mogę (!)

Bez biletu, bez rezerwacji, nie mówiąc już o jakiejkolwiek informacji, ale również bez żadnej alternatywy, jedynie z ową nadzieją w sercu, podążam w jedynie, jak mi się wydaje, słusznym kierunku, do jedynego zacumowanego przy długim moście i może czekającego właśnie na mnie, statku. Hej you – słyszę nagle tuż za sobą. What are you looking for? Czego szukasz? Tłumaczę szybko w myślach, zdając sobie jednocześnie sprawy, że tak właściwie, to nie szukam niczego. Czego można szukać na moście, na którym niczego nie ma? Młody facet w rozchełstanej koszuli, nie daje za wygraną. Zwietrzywszy chyba dobry interes (na moście pewnie nie często zdarzają się biali turyści niewiedzący, czego szukają), ciągnie mnie na bok za rękę i dosyć płynną angielszczyzną tłumaczy wszystko, co tak naprawdę chcę wiedzieć. Otóż statek faktycznie płynie na Sulawesi, a bilet można kupić tam, wskazuje na budkę na początku mola, której wcześniej nie zauważyłem. Zresztą i tak jest zamknięta, więc nic by to nie zmieniło, bo znaczy się biletu kupić i tak nie można. To, co teraz? Pytam nie bardzo rozumiejąc, po co mi o tym w takim razie mówi. Don’t worry, słyszę w odpowiedzi. Don’t worry, to najpopularniejszy zwrot w języku angielskim, sprawdzający się w każdej sytuacji. W tej też. Ja mam bilet mówi i wyciąga z kieszeni kawałek kartki, zapisany w takim języku, z którego oczywiście nie rozumiem ani słowa. Rozumiem za to cenę. Niezła. Nawet podpadająco niska, ale z drugiej strony skąd mam wiedzieć ile tutaj kosztują przeprawy promowe z wyspy na wyspę? Więc może to normalna cena, która w sumie nie jest teraz najistotniejsza. Bardziej frapuje mnie, czy faktycznie na podstawie małej zapisanej kartki, która w ogóle nie przypomina biletu, wejdę na statek. Chodź, nie martw się słyszę powtórnie i chcąc nie chcąc podążam za nowym znajomym, bo cóż mi innego pozostało?

Wchodzimy razem na statek. Nikt nas nie sprawdza, nikt niczego od nas nie chce. Dziwne (?!) Z niedowierzaniem patrzę na lokujących się w różnych miejscach ludzi. Jedni rozkładają się bezpośrednio na podłodze przy wejściu na pokład, inni na specjalnie przygotowanych materacach na zewnątrz, po obu stronach ogromnej hali, a jeszcze inni, do których i ja zaraz będę należał, pakują swój bagaż na jednym z metalowych, piętrowych łóżek, stojących równo w rzędach w tejże właśnie hali. Mój przewodnik szybkim wzrokiem lustruje całe pomieszczenie i w sekundzie decyduje. Tam. Wskazuje na górne łóżko pod wiatrakiem. Wiatrak ci się przyda w nocy, inaczej nie zaśniesz – mówi, a ja posłusznie rzucam swój plecak na wskazane łóżko i najmilszym, na jaki mnie stać uśmiechem witam się z półnagimi, grającymi w karty, śniadoskórymi chłopcami z sąsiedniej koi. W kilka sekund, wielce zadowolony, że tak szybko i bezboleśnie poradziłem sobie z czymś, co niedawno wydawało mi się bardzo trudne, a może nawet niemożliwe, przygotowuję się do krótkiego, jak mi się wydaje, zamorskiego, rejsu. Tylko czy aby naprawdę sobie poradziłem? Na odchodnym mój dobroczyńca i opiekun proponuje bym się zaopatrzył w większą ilość wody i coś do jedzenie. Popłyniesz dwa dni i dwie noce mówi. Dwa dni??? Nie mogę uwierzyć. Przecież Sulawesi jest tuż, tuż. Albo statek będzie płynął tak wolno, albo nie płynie tam gdzie chcę, myślę z rosnącym przerażeniem. Two days? Pytam jeszcze raz wierząc, że może się przesłyszałem. Yes, two days – facet uśmiecha się wyciągając z torby, którą cały czas z sobą taszczy, kilka litrowych butelek wody. Chcesz wodę? Jasne, że chcę, nawet, jeżeli jej cena znacznie przekracza tę sklepową. Dwa dni na morzu nad równikiem to nie przelewki. Bez wody nie przeżyję. A czy aby na pewno płyniemy na Sulawesi? Pytam jeszcze raz dla porządku i uspokojenia coraz bardziej skołatanych myśli. Yes, yes Sulawesi – odpowiada przeliczając pieniądze za wodę. Don’t wory słyszę po raz kolejny i za chwilę, próbując faktycznie być don’t worry, zostaję sam. Mój przewodnik i zbawca, jak go do tej pory nazywałem w myślach (w przyszłości okaże się czy słusznie), znika równie nagle jak się pojawił.

Don’t worry – łatwo powiedzieć. Jak mam być don’t worry, kiedy nie wiem gdzie jestem, dokąd popłynę i czy w ogóle wypłynę. Nie mam przecież żadnego rozkładu, nie mam się, kogo zapytać, bo nie dość, że u wciąż przybywających pasażerów z angielskim krucho, to nawet jak się z kimś dogadam, to i tak nie mam, co liczyć na jakąś pewną odpowiedź. Nikt nic nie wie. Prawdopodobnie statek odpłynie jak będzie dostatecznie pełen, a to może jeszcze trochę potrwać – wnioskuję po zapełnionych w około jednej czwartej lukach bagażowych i przypominam sobie podobną sytuację w peruwiańskiej Amazonce gdy próbowałem przedostać się statkiem z Pucalpy do Iquitos. Tam na odcumowanie trzeba było czekać kilka dni, więc zrezygnowałem i poleciałem małym lokalnym samolotem. A tu? Tu samolotów nie ma, więc muszę czekać. Czekam. Czekam próbując uzmysłowić sobie, że don’t worry, że przecież nigdzie się nie spieszę, że mam czas (wtedy w Peru miałem spotkać się z córką, więc musiałem się spieszyć), że przecież właśnie dla takich emocji warto podróżować po świecie i w końcu, że przecież sama podróż to nic innego jak stan stopniowego uwalniania duszy (tak przynajmniej opisywała ją, w jednej ze swoich książek, Beata Pawlikowska), więc zamiast się worry powinienem się obecną sytuacją happy. Tak robię. Wychodzę na rufę, wystawiam twarz do lekko wiejącego od morza wiatru, wbijam wzrok w rozciągającą się przede mną przestrzeń i równie powoli jak czas, który zdaje się jak otwarta przede mną otchłań zdążać ad infinitum, odzyskuję spokój i stan ducha pt.: „Jakoś to będzie”.

Z cudownych konfabulacji, które jako uzupełnienie brakujących informacji: dokąd płynę, kiedy będę itd., nie tylko dobrze dopasowują się do całego ciągu ostatnich zdarzeń, ale także zajmują moje myśli układaniem przygód na, już tak bardzo nieodległych, znajdujących się dosłownie o skok statku przez wąską cieśninę, moich wymarzonych i od dawna wypatrywanych koralowych wyspach, wyrywa mnie zgrzyt zasuwanej klapy, krzyki majtków zrzucających do wody grube, ciężkie liny i „przedzierający jak tygrysa pazur antylopy plecy…” ryk z ustawionej tuż przy mnie syreny. Zrywam się na równe nogi i po chwili ponownie siadam. Odpływamy. W jednej chwili, gdy tylko statkiem zaczyna trochę bujać, a linia brzegu coraz bardziej zlewa się z linią horyzontu, niepewne uczucie worry, którego tyle, co się pozbyłem, wraca. Kurcze, a co będzie jak przy sprawdzaniu biletu okaże się, że zapisana kartka, mająca być biletem nie jest warta nawet tych kilku złotych, które za nią dałem? A jeżeli, to tylko świstek papieru, na podstawie, którego mogę być jedynie wyrzucony za burtę? Jeżeli już nigdy nie zostanę dowieziony do „szczęśliwych wysp”? A co jeżeli statek w ogóle w kierunku szczęśliwych wysp nie płynie? Gdzie w ogóle jest to Pare Pare? Takie i podobne pytania, wespół z coraz bardziej huśtającym statkiem i coraz gorętszą temperaturą (zbliżamy się do równika) skutecznie torpedują mozolnie wypracowane poczucie – „jakoś to będzie”, zmuszając mnie do coraz głębszego zastanawiania się – no dobrze, ale jak?

Zgodnie ze Szwejkowką maksymą, że jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było, faktycznie jakoś jest. I to nawet zupełnie nieźle. Najpierw dosyć wygodnie rozkładam siebie i rzeczy na szerokim materacu pod wiatrakiem, przygotowując się do pierwszej nocy na zupełnie nieznanych podrównikowych wodach. Potem zwiedzam cały statek zaglądając we wszystkie zakamarki i notując w głowie gdzie jest toaleta (nawet w nienajgorszym stanie), gdzie gniazdka z prądem (w sumie nie wiem, po co mi ta wiedza), gdzie gorąca woda (bo i taka okazuje się tu jest) i kilka innych mniej lub bardziej przydatnych rzeczy i miejsc, po czym już nieco oswojony i z nowym miejscem i z nową sytuacją zaczynam przyglądać się ludziom. To lubię najbardziej, a tutaj mam w tym względzie prawdziwy raj. Kogo tutaj nie ma? Komu można się dłużej przyglądać? Młode i bardzo młode kobiety, ba jeszcze dziewczyny z bardzo małymi dziećmi na ręku, starsze kobiety w tradycyjnych muzułmańskich strojach, otaczające opieką te młodsze i te bardzo młode, sporo starszych mężczyzn w muzułmańskich czapeczkach na przyprószonych siwizną głowach, spędzających większość czasu przed i w małej modlitewnej salce, no i czwarta, chyba największa grupa młodych półnagich chłopców zajmujących prawie każdy kąt i albo grających w karty, albo impulsywnie dyskutujących energicznie wymachując przy tym rękami, albo po prostu leżących pokotem gdzie się da i śpiących. Jest jeszcze jedna grupa. To załoga, nierzucająca się mocno w oczy. Ot przejdzie się ktoś od czasu do czasu po pokładzie, rzuci okiem czy wszystko w porządku i znika w czeluściach maszynowni, czy innych pomieszczeń, do których nie zaglądałem. Nie chcę się narażać i zbytnio podpadać wścibstwem. Wystarczy, że w dalszym ciągu nie jestem pewien, czy aby nie podróżuję na gapę to, po co mam się narażać jeszcze w dodatkowy sposób. Tym bardziej, że właśnie jeden z tych, co to się przechodzi i znika, akurat nie znika, tylko wolnym, lekko chwiejącym się krokiem (statkiem od kilku już chwil nieźle buja) sunie w moim kierunku. Uciekać nie mam gdzie. Dokąd uciekać na środku otwartego morza? Zmieszać się z tłumem też nie mogę, bo nijak mi jedynemu „białemu” wtopić się w brązowo-śniadą masę otaczających mnie ludzi. Nie mam wyjścia. Z najbardziej, na jaką mnie stać, obojętną miną, siedzę wpatrzony w morze i czekam. Good afternoon sir. Słyszę po kilku sekundach, a zaraz po tym to, co mimo, iż się spodziewałem, sprawia, że moje serce zaczyna bić szybciej, a oczy wyobraźni widzą mnie już za burtą rozpaczliwie machającego rękami między okrążającą mnie ławicą zgłodniałych rekinów. Poproszę bilet do kontroli sir – wbija mi się w mózg niby nóż w świeże masło. Drżącymi rękami wyciągam z kieszeni poskładaną, zapisaną jakimiś znaczkami kartkę, podaję mojemu rozmówcy, starannie unikając jego wzroku i zamieram. Thank you very much, and have a nice trip – słyszę ucieszony, że co raz bardziej rozumiem angielski, a jeszcze bardziej , że oto nie wyleciałem za burtę tylko dalej, już ze znacznie spokojniejszym sercem mogę wpatrywać się w równie spokojne morze.

Tylko na chwilę odrywam wzrok od seledynowej tafli wód cieśniny Makassar, by niedostrzegłwszy w jej głębinach trójkątów przypominających rekinie lub delfinie grzbietowe płetwy, albo coś innego egzotycznego typu: płaszczki, marliny albo jakieś takie, rozejrzeć się po rozrzedzonym nieco pokładzie (większość nie mogąc zdzierżyć tropikalnego słońca, pochowała się w niedających znacznego chłodu, ale za to sporo cienia, zakamarkach wnętrza statku) i zauważam coś, co cieszy mnie jeszcze bardziej. Dwie „białe” sylwetki przemknęły po schodach prowadzących na dziób. Udaru słonecznego nie mam, przynajmniej niczego takiego nie odczuwam. Fatamorgana też to nie jest, bo obraz reszty pasażerów i huśtającego się na wodzie statku pozostaje niezmienny. Zatem bankowo na pokładzie oprócz mnie znajduje się jeszcze przynajmniej dwójka białych turystów! Czym prędzej muszę to sprawdzić. Ruszam za nimi, zbiegam po schodach, wpadam na dziób i prawie potykam się o dwa rozłożone przede mną materace, a na nich śpiwory świadczące, o nietubylczości ich właścicieli (żaden mieszkaniec indonezyjskich wysp nie taszczy ze sobą śpiwora) i … (!) i nie uwierzycie – Gosię i Mario.

Gosia z Polski, Mario z Niemiec, są małżeństwem mieszkającym w Berlinie i od paru tygodni podróżują po Indonezji i okolicy. Na środku cieśniny Makkasar, tuż przed linią dzielącą kulę ziemską na dwie połówki: północną i południową, nasze ścieżki się splatają i z pewnością w takim splocie pozostaną przez najbliższe dwa dni, a kto wie może i znacznie dłużej. Czasem takie znajomości zawarte w najodleglejszych zakątkach świata nie rozplątują się już nigdy. Naszemu obopólnemu zaskoczeniu, powitaniom, uśmiechom, ściskaniu, a później długim, długim opowiadaniom: kto, skąd, gdzie, jak, z kim, kiedy itd., itp. wydaje się nie być końca. Wierzcie mi – nigdzie się z nikim tak fajnie nie gada, jak z rodakiem spotkanym na równiku 😉 .

W końcu, po długich chwilach niepewności mam jasność. Wiem, dokąd płyniemy i nie powiem, wcale z tej wiadomości nie jestem zadowolony, chociaż, przyznaję, że mogło być gorzej. Gosia z Mario są znacznie lepiej przygotowani ode mnie, mieli więcej czasu, toteż zebrali więcej informacji. Otóż owe Pare Pare, do którego płyniemy znajduje się na samym dole, czyli południu wyspy Sulawesi, niedaleko jej stolicy i największego miasta Makassar. Gosia i Mario chcą dalej lecieć na Bali, czyli dla nich bliskość stolicy i lotniska jest w sam raz. Dla mnie zupełnie przeciwnie. Ja chcę się dostać do moich „szczęśliwych wysp”, a te leżą w zatoce Tomini na północy, przeto czekać mnie będzie jeszcze przeprawa przez całą wyspę. A że ta jest i duża (czwarta największa wyspa Indonezji po Borneo, Nowej Gwinei i Sumatrze i 11 największa na świecie), mocno porośnięta dżunglą i jak się właśnie dowiaduję z bardzo słabo rozwiniętą komunikacją, przeto przeprawa niewątpliwie nie będzie ani łatwa, ani szybka i „szczęśliwe wyspy” znowu będą musiały długo czekać. No cóż, nikt przed wyprawą w świat nie obiecywał mi, że będzie łatwo i nie jest, ale już dawno się do tego przyzwyczaiłem.

Za to teraz nie tylko jest bardzo łatwo, bo statek sam unosi się po wodzie, ale i bardzo przyjemnie. W świetnym towarzystwie Gosi i Maria oglądam sobie znakomite wschody i zachody słońca, które w okolicach równika nie mają sobie równych. Przy kawie gawędzimy godzinami o podróżach, przygodach i przeżyciach, a te zdają się być niewyczerpane. Bratamy się z rządną poznania nas pokładową bracią, bo jesteśmy dla nich równie egzotyczni, jak oni dla nas. Wyglądamy skaczących w oddali delfinów, przyglądamy się mijającym nas rybackim łódkom i czas spokojnie sobie mija.

Spokojnie gdyby nie trzy rzeczy, które w pewnym stopniu tę sielankę zakłócają. Trzy? Hm – właściwie to jedna, bo to, że o czwartej nad ranem budzą mnie poprzywiązywane sznurkami w ładowni koguty, to jeszcze mogę wytrzymać. Wprawdzie przyznacie, że pianie wydobywające się z setek kogucich gardzieli przed wschodem słońca na środku azjatyckiego morza, wyrywające ze snu jak trąbka wzywająca kawalerię do ataku, to niezwykłe przeżycie i niekoniecznie przyjemne. Chociaż rozpoczynający się kilka chwil później iluminacyjny spektakl na rozświetlającym się brzaskiem wychodzącego zza horyzontu słońca, znacznie tę nieprzyjemność rekompensuje.

Druga zakłócająca nieco sielankowy nastrój sprawa też jest do wytrzymania. To skok przez równik, który tym razem dokonuję statkiem i na samą myśl o tym cierpnie mi skóra. Do tej pory kila razy przekraczałem równik na różne sposoby: w Ekwadorze pieszo (co skrzętnie zarchiwizowałem na zdjęciach) i kamperem, w Brazylii autobusem, potem kilka razy samolotem i zawsze jakoś z mniejszymi lub większymi podskokami się udawało. A jak będzie teraz? Woda to przecież nieokiełznany żywioł, więc taki skok może się różnie skończyć – myślę wyglądając przez burtę.

Oczywiście i z pierwszym, i z drugim trochę żartuję. Ani koguty, ani równik nie wpływają w żaden sposób na moje cudowne samopoczucie. Nie żartuję natomiast z tym trzecim, które nie tylko burzy mój błogostan, ale tak bardzo mnie szokuje i denerwuje, że nawet teraz próbując go opisać, czuję jak palce drżą mi na klawiszach. Wyglądając za burtę, nie widzę ani równika, ani skaczących za statkiem delfinów, ani nawet małych rybek, pluskających w zmielonych okrętową śrubą, czyli dodatkowo utlenionych, wodach molukańskiego morza. Jedyne, co widzę i co jeży mój włos na skórze i głowie, to sterty śmieci unoszone na pozostających za statkiem falach.

Niemożliwe. Kilkukrotne przecieram oczy. Nie pomaga. To nie żadne fantasmagorie, zjawy czy inne przewidzenia. To fakt!!! Na morzu unoszą się olbrzymie kupy wyrzucanych ze statku śmieci!!!

Na statku są wielkie plastikowe kubły, do których kilkaset ludzi wrzuca śmieci, a że wszyscy zajadają gotowe produkty typu chińskie zupki zapakowane w plastik i styropian i popijają kolorowymi napojami, typu Coca-Cola, również w plastikowych butelkach, przeto pojemniki są raz dwa pełne, a jak są pełne to trzeba je opróżnić. Gdzie? Oczywiście, o zgrozo do morza. Po prostu ktoś z załogi, co jakiś czas bierze ogromny kilkusetlitrowy, pełny plastików, styropianu i innych odpadów kosz, przechyla przez burtę i całą jego zawartość wyrzuca do morza, a ja stoją i patrząc, nie mogę temu uwierzyć. Ba nie mogę też temu przeszkodzić. Złość i niemoc jaka mnie ogarnia trzyma mocno do teraz i chyba nigdy nie puści. No chyba, że wymyślę coś, żeby takiemu procederowi stawić czoła, ale jak pewnie się domyślacie do tej pory nic nie przyszło mi do głowy. Może ktoś z Was ma jakiś pomysł? Przecież to nie może tak być, żeby ze wszystkich statków, a pływa ich po morzach i oceanach świata mnóstwo, wszystkie śmieci wyrzucane były ot tak po prostu przez burtę. Jeżeli nic z tym nie zrobimy, to przecież kiedyś wszyscy się w nich utopimy.    

Piszczcie w komentarzach jak temu zaradzić, bo ja tymczasem dopływam do brzegu Pare Pare i absolutnie nie mam pojęcia, co będzie dalej.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł