Pół godziny przed odjazdem pociągu jestem już na peronie 1 władywostockiego dworca i w wielkim napięciu czekam na kolejną podróż życia. Drogowskaz wskazujący, że od Moskwy dzieli mnie 9288 km i 7 stref czasowych jeszcze bardziej potęguje i tak już napięte emocje. Bardzo jestem ciekaw, jak będzie wyglądała podróż transsyberyjską koleją, o której niby dużo się słyszało, sporo oglądało, a tak naprawdę nie wie się nic. Jak zniosę trzy dni w rosyjskim pociągu, o którym wyobrażenie mam tylko na podstawie książki Jerofiejewa „Moskwa – Pietuszki”, pisanej bodajże w latach siedemdziesiątych więc już mocno nieaktualnej, ale i tak strach się bać. (Książkę swoją drogą serdecznie polecam przeczytać, bo świetnie obrazuje życie zepchniętej na margines społeczny inteligencji rosyjskiej drugiej połowy XX wieku, a bardziej zainteresowanych twórczością Jerofiejewa odsyłam do teatru TVP i dramatu „Noc Walpurgii czyli ostatnie kroki komandora” w wykonaniu takich krakowskich gwiazd jak: Anna Dymna, Jerzy Trela i Tadeusz Huk). Już niedługo wszystkie moje wątpliwości rozwieje pewnie nie tylko świszczący za oknami rozpędzonego pociągu wiatr, ale i moja bezpośrednia, że tak powiem uczestnicząca, obserwacja. Znaczy za chwilę stanę się nie tylko biernym obserwatorem transsyberyjskiej podróży, ale przez trzy następne doby będę czynnie w niej uczestniczył. Czynnie? No cóż, to się okaże jak bardzo.  

Pierwsze wątpliwości zaczynają się rozwiewać od razu po przestąpieniu progu wagonu nr 16. Moim oczom ukazuje się obraz znacznie odmienny od oczekiwanego. Oprócz tego czego się spodziewałem, czyli: stojącego w rogu samowara, z paleniskiem na węgiel, brudnych okien (mimo, że pociąg stąd rusza więc nie powinny się jeszcze zbrudzić), takiego sobie zapaszku ulatniającego się przez półotwarte, lekko sfatygowane drzwi do toalety, no i pana w szaro-niebieskim uniformie z okrągłą czapką na głowie, który od pierwszych chwil pokazuje kto tu jest WŁADZĄ i z kim nie należy zadzierać, wszystko inne mnie zaskakuje. Zaskakuje pozytywnie. Czyste łóżka i przygotowana świeża pościel w plastikowych workach, leżąca na każdym z nich, półki na bagaż, tak, że nic nie zastawia przejścia, stoliki, kosze na śmieci, a nawet kontakty z 220 V i klimatyzacja stanowią, że przestaję się obawiać długiego przebywania w takim pomieszczeniu. Łóżko mam przydzielone na górze (sam sobie przydzieliłem przy kupnie biletu – górne są tańsze). Na razie bez ubierania pościeli i zbędnych ceregieli wrzucam plecak i dobytek na półkę, sam pakuję się na górę by przeczekać całe zamieszania związane z lokalizacją miejsc i rozpakowywaniem się wszystkich pasażerów. Ja się rozgoszczę później – postanawiam, przyglądając się jak zachowują się stali bywalcy transsyberyjskiej kolei. Oprócz mnie jest niewielu turystów. Dwie Koreanki zajmujące górne i dolne łóżko naprzeciw i jedna para chyba z Francji, bo słyszę francuski język, ale może są ze Szwajcarii, Belgii, Kanady lub gdzie tam jeszcze mówi się językiem Wiktora Hugo?  

Tak gdzieś po godzinie od ostatniego przed odjazdem sygnału lokomotywy, gdy Ci pode mną i Ci obok są już w pełni oporządzeni zaczynam i ja troszczyć się o swój 1 m kwadratowy, za który zapłaciłem prawie 130 euro. Szybko ubieram pościel, wyjmuję z plecaka niezbędne rzeczy tzn. szczoteczkę do zębów i książkę i w gruncie rzeczy jestem przygotowany do kilkudniowej podróży. Potem już nic się nie dzieje. Inżynier Mamoń powiedziałby, że jest jak w polskim filmie. Nuda. Po prostu nuda. Tylko, że wyjść, jak z kina, nie można. Z początku widoki za oknem jeszcze pochłaniają mnie bezgranicznie, ale i i one szybko się nudzą. Ile można podziwiać bezkresne, niekończące się piękno natury? Czasem pojawi się jakaś mała drewniana wioska, którą staram się bardziej dla rozrywki niż na pamiątkę uwiecznić przez brudne okno na mojej karcie SD. Wioski są tak małe i tak rzadko, że przeważnie zanim wyceluję obiektyw już znikają, więc brudne okna nie bardzo przeszkadzają w robieniu zdjęć. Tajgę, choć przepiękna, też trudno sfotografować. Ta z kolei jest tak wielka i tak ciągle, że nie mieści się w obiektywie. Gdy się już, zatem napatrzę na przyrodę idę na wyrko i czytam, a gdy się naczytam to znowu schodzę i patrzę i tak w kółko. Nie jest tak wesoło jak opisywał Jerofiejew. Nikt nie pije, a tym bardziej nie wznosi toastów, nikt nie płaci konduktorowi 100 gramami wódki za każde przejechane 100 km, nikt nie prowadzi politycznych dysput, nikt nie robi nic. Większość śpi, a reszta zajęta jest sama sobą. Nie ma nawet WiFi(!) hihi. Nuda proszę państwa nuda. Ale przynajmniej jest spokój i trochę odpoczynku od pędzącego za oknem świata z wszystkimi jego dobro i niedbrodziejstwami. To wspaniałe uczucie spędzić w XXI wieku trzy doby bez Internetu.

Im dłużej jedziemy tym robi się bardziej swojsko. Oprócz czytania, spania i przypatrywania się krajobrazem za oknem, które coraz częściej urozmaicają drewniane coraz większe wsie, czasem zdarzy się coś extra: stary zaniedbany, ale coś tam jeszcze mówiący cmentarz, znacząca rzeka (wczoraj minęliśmy Amur), skalistw wzgórze, lub coś innego, odbijającego się od monotonnej tajgi jak np. jeden, drugi lub trzeci zachód słońca, aż w końcu pojawiają się najpierw na horyzoncie, a potem coraz bliżej, falujące wody Bajkału. Oprócz krótszych i dłuższych postojów na niewielkich stacjach, na których nawet można wyjść z pociągu i zaczerpnąć świeżego syberyjskiego powietrza, bardzo podobnego do tego z Alaski. Oprócz kilkunastu herbat i kilku kaw wypitych bardziej dla zabicia czasu niż z powodu pragnienia, zaczynam nawiązywać pierwsze znajomości z sąsiadami. Od pierwszego – pażałsta i – spasiba, powoli przechodzę do jednego lub dwóch zdań. Rosyjski, który wyniosłem z podstawówki i technikum (a było to bardzo dawno temu) coraz bardziej odświeża mi się w pamięci, przeto ucinam sobie nawet lekkie pogaduszki. Fajnie w końcu w obcym języku tak ot sobie pogadać, a nie używać go tylko, jako narzędzia do załatwiania nieodzownych potrzeb dnia codziennego jak to mam z angielskim czy hiszpańskim. Śmieszna sprawa, bo mimo iż angielski znam poniżej pułapu podstawowego, a rosyjski mimo iż znacznie lepiej to mimo wszystko nie perfekcyjnie, to dochodzi do sytuacji, gdzie zaczynam robić, jako tłumacz z obu tych języków. Obie Koreanki z naprzeciwka ni w ząb nie rozumieją mowy Tołstoja, a reszta moich sąsiadów nigdy nie miała styczności z językiem Shakespear’a, przeto przy drobnej wymianie zdań spieszę i jednym i drugim na ratunek. No cóż i z takimi zadaniami trzeba się w świecie zmierzyć. Nie wiem jak mi te tłumaczenia wychodzą i kto ile rozumie, ale to nie jest najważniejsze. Ważne, że atmosfera robi się przyjazna i jest na pewno weselej i sympatyczniej. Jak jeszcze później poznaję rok starszego ode mnie Sergieja, który na rowerze objechał i kajakiem opłynął Bajkał i w ogóle dość sporo podróżuje po Rosji to staje się już całkiem ciekawie. Sporo się dowiaduję gdzie iść i co zobaczyć w trakcie podróży przez Syberię, a to zawsze lepiej niż ślęczeć z nosem w przewodniku lub klikać w klawiaturę i przeszukiwać Internet. Takim to sposobem podróż, zapowiadająca się z początku nudnie, u drzwi Bajkału, krótko przed Irkuckiem staje się na tyle fajna, że szkoda wychodzić. Sergiej wychodzi w Irkucku razem ze mną. Razem jedziemy do Hostelu Marco Polo i razem spędzimy jeszcze cały jutrzejszy dzień. Sergiej tego pewnie nie czyta, ale i tak napiszę: – Спасибо Сергею за приятную поездку и приятное времяпрепровождение вместе.   

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł