Gdy po raz drugi przyjeżdżam do małego miasteczka Sludjanka nie poświęcam mu zbyt wiele uwagi. Ostatnio, gdy uciekł mi pociąg do Portu Bajkał, miałem aż za dużo czasu i spokojnie pochodziłem sobie po niezbyt urodziwym, ale turystycznie bardzo ważnym mieście. Sludjanka leży na południowym biegunie bajkalskiego jeziora i nie sposób zwiedzając ten region kilkukrotnie przez nią nie przejeżdżać. Tu krzyżują się szlaki ze wschodu na zachód, czyli ze stolicy Buriacji Ulan Ude do stolicy bajkalskiego regionu Irkucka. Tędy przebiega droga w buriackie góry na południu lub do Portu Bajkał nad jedną wypływającą z Bajkału rzeką, Angarą, na północy. Właśnie w kierunku Portu Bajkał będzie prowadzić mnie dzisiaj moja nowa przygoda. Przygoda nie byle jaka, bo po już jednej nieudanej próbie, w końcu dane mi będzie przeżyć podróż pociągiem wzdłuż bajkalskich brzegów, po starej żelaznej drodze. Staraja żelaznaja daroga – tak tutejsi nazywają kolejowy trakt, który kiedyś był częścią trasy kolei transyberyjskiej, a od czasu wybudowania nowej linii, biegnącej z dala od jeziora, ta tutaj od Sludjanki do Portu Bajkał stała się nie tylko, choć przede wszystkim turystyczną atrakcją, ale też w dalszym ciągu służy miejscowym, jako lokalny transport.

By odbyć, tę jak myślę atrakcyjną, 89-cio kilometrową wycieczkę, mam dwie możliwości: bardziej sentymentalną, stuprocentowo turystyczną, wagonami ciągniętymi parową lokomotywą i bardziej współczesną przeznaczoną nie tylko dla turystów, kolejką elektryczną. Obie jadą tą samą trasą z tym, że ta pierwsza, co drugi dzień, a druga codziennie. Poza tym na pociąg parowy, który jedzie sporo wolniej, robi dłuższe przerwy i kosztuje ponad 50 euro (1 klasa przy oknie z widokiem na jezioro) trzeba z wyprzedzeniem kupić bilet w Irkucku, a na ten „normalny” elektryczny, który kosztuje 3 euro bilety kupuje się na dworcu w Sludjance. Oprócz ceny, długości postoju na stacjach i towarzystwem w pociągu (w pierwszym przeważają Chińczycy z długimi lufami aparatów fotograficznych, a w drugim tubylcy i wędrowcy z plecakami) zasadniczo niczym więcej obie możliwości od siebie się nie różnią. Teraz test na inteligencję – na który pociąg kupuję bilet?  Tak jest! Właśnie stoję przed kasą na ładnym wybudowanym z piaskowca, starym jak cała transsyberyjska kolej, dworcu i trzymam odliczone 200 rubli (około 3 euro). Pociąg elektryczny odjeżdża za niecałą godzinę. Oczekujących na tę samą przygodę, co ja jest na dworcu dość sporo, ale tłoku nie ma. Z pewnością załapię się na miejsce siedzące i na pewno przy oknie.

Z pewnością nic nam w trakcie podróży nie grozi, bo w razie krach można zrobić stop.

Miejsce faktycznie bez problemu znajduję przy oknie, ale cóż z tego, kiedy szyby jak zwykle są brudne więc nie ma mowy o ładnych zdjęciach. Na pocieszenie mam to, że w końcu nie dla nich tu przyjechałem – to raz, a dwa, podobno przerwy na stacjach, będą na tyle długie, że zdąży się wyskoczyć, parę razy pstryknąć i wrócić. Po chwili namysłu, nawet jestem zadowolony z takiej sytuacji, tzn. z brudnych szyb. To się nazywa „sztuka pozytywnego myślenia”. Znając swoją słabość do utrwalania wszystkiego na karcie pamięci aparatu fotograficznego, wiem, że już pewnie siedziałbym przy oknie i obserwował świat przez wizjer z wycelowanym tu i tam obiektywem. Dzięki przybrudzonym szybom mam lekcję pokory i patrzenia na otaczające piękno gołym okiem. Uczę się rejestrowania świata, w którejś tam części mózgu. Szkoda tylko, że nie wiem, jaką ma pojemność w bajtach i czy wszystkie zarejestrowane w ten sposób zdjęcia się zmieszczą ;-). Oglądam zatem cudowny nadbajkalski świat z nosem przylepionym do szyby i bardzo się męczę by nie wyciągnąć aparatu i nie trzasnąć mimo wszystko kilku zdjęć. Czasem nie wytrzymuję i usprawiedliwiając się, że robię to też dla was, wyciągam zza pazuchy aparat i przez przetartą rękawem szybę uwieczniam fragmenty mijanych bajecznych krajobrazów, co możecie zobaczyć poniżej. Co innego jest na stacjach, gdzie możemy wysiąść, ale faktycznie nie mamy zbyt wiele czasu. Muszę się zatem spieszyć więc bez zbędnego rozglądania się wkoło, z okiem w wizjerze i wyciągniętym obiektywem szybko szukam kuszących obiektów i trzask, trzask umieszczam je na karcie. A jest ich naprawdę sporo. Są kamienne tunele, cudownie wkomponowane w skaliste wzgórza, których mijamy po drodze aż 39. Są półdzikie pola biwakowe nad brzegami jeziora, służące za bazę odpoczynkową lub noclegową tym, którzy zdecydowali się całą trasę przejść w kilka dni pieszo. Są drewniane pojedyncze budynki lub niewielkie wioski, ukryte w barwnej szacie syberyjskie przyrody. Tutejsze lato powoli się kończy i świat wokół zaczyna się jesienić, złocić i czerwienić. Jest lokomotywa parowa z czerwoną gwiazdą na przedzie, mijająca nas w obłokach pary i z przerażającym wyciem, wydobywającym się z parowego gwizdka. Jest w końcu sam Bajkał, który w zależności od ustawienia słońca i odbijających się w nim gór i chmur, przyodziewa się w przeróżne magiczne kolory. Bawiąc oczy kolorami, przyrodą i bajecznymi widokami rozpościerającymi się nad najstarszym na świecie jeziorem nawet nie zauważam, kiedy mija ponad pięć godzin jazdy. Trudno uwierzyć jak w cudownych okolicznościach przyrody szybko upływa czas.

Przed zmrokiem dojeżdżamy do stacji docelowej w Porcie Bajkał. Tu okazuje się, że nie koniec dzisiejszej przygody. Jeszcze trzeba się przedostać na drugi brzeg Angary, do Listwianki, a to nie takie proste. Ostatni prom o ile w ogóle będzie, to będzie za dwie godziny. Sytuację ratują miejscowi rybacy, których znalazłem spacerując wzdłuż brzegu, przyglądając się staremu, chyba już trochę przez Boga i ludzi zapomnianemu portowi. Mnie, moich nowych znajomych z Niemiec, których poznałem w pociągu i jeszcze kilka osób rybacy w kilkanaście minut przewożą starymi łodziami, nie tylko za „Bóg zapłać”, na drugi brzeg, na którym tarapaty z transportem się nie kończą. Ostatnie autobusy do Irkucka już odjechały, a kolejka do marszrutki jest niesamowicie długa. Mógłbym zostać na noc w Listwiance, bo i tak chcę tu jeszcze przyjechać, by połazić po otaczających miasto górach, z których niewątpliwie roztaczają się super widoki na Bajkał. Nic z tego. Mamy tu jeszcze wakacje, a Listwianka należy do ulubionych miejsc wypoczynku Rosjan, więc o znalezieniu ad hoc niedrogiego noclegu nie ma mowy. Muszę wracać do Irkucka. Szczęściem moi nowi znajomi, tym razem Rosjanie, sobie tylko znanym sposobem lub argumentem (widzę jak rozmawiają z kierowcą) załatwiają, że mikrobus, który akurat podjeżdża na przystanek, zabiera nas zza rogu bez kolejki i w ten sposób po następnych prawie dwóch godzinach, ląduję w wygodnym łóżku w Irkucku w hostelu Marco Polo, tylko po to by się przespać i jutro, względnie pojutrze znowu wrócić nad Bajkał. Nad jeziorem zostały mi jeszcze dwa punkty do obskoczenia: wspomniana Listwianka i Ulan Ude – stolica Buriacji po drugiej stronie.

Następnego poranka po raz kolejny przekonuję się, że mogę sobie pisać plany i układać scenariusze jak chcę, a świat obojętnie, pod jaką szerokością geograficzną i tak to zrobi po swojemu. Od rana, a w sumie już od wczorajszego wieczora, zachodzę w głowę, co robić dalej. Po powrocie znad Bajkału dowiaduję się, że wokół zaczyna robić się niewesoło i nie wiem czy nie nadszedł czas na ewakuacje. Pożary trawiące od kilku tygodni syberyjską tajgę nie gasną, a wiatr wiejący od zachodu niesie ogromną smolistą chmurę w kierunku Irkucka. Z kolei równie czarne i potężne, ale burzowe chmury nadciągają nad Bajkał od północnego wschodu, ponownie zagrażając i tak już podtopionym i walczącym od kilku tygodni z powodziami wioskom. Przez te wioski będę musiał przejechać, chcąc się przedostać w kierunku Krasnojarska więc chyba im wcześniej zacznę podróż tym lepiej. Decyduję, zatem odpuścić Listwiankę – nisko wiszące chmury i tak nie pozwolą nacieszyć się widokami z gór. Nie jechać do Ula Ude – Buriacji nasmakowałem się już w Arshan i na Olchon, a największa na świecie 7-mio metrowa głowa Lenina, stojąca w centralnym punkcie miasta, nie jest warta ryzyka spotkania się z popożarowym smogiem. Nie odwiedzić też wioski Wierszyny, bo nadciągające burze mogą w ogóle uniemożliwić dotarcie do niej. Pozostaje skoro świt opuścić Irkuck i ruszyć do Krasnojarska. Dziewczyny z Polski, które poznałem w hostelu, Asia z Warszawy i Paulina z Krakowa, potwierdzają mi po paru dniach, że podjąłem słuszną decyzję. One zostały i po paru dniach pisały mi o strasznym smogu wiszącym na Irkuckiem i braku jakichkolwiek widoków z gór wokół Listwianki. Dobrze, że tego nie przeżyłem i że zachowuję w pamięci stolicę bajkalskiego regionu, jako kolorowe, słoneczne i urocze miasto.             

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł