Do Gorontalo, niewielkiego miasteczka na północnym wybrzeżu zatoki Tongin, docieram wcześniej rano, tuż po wschodzie słońca. Ów wschód pokrywający niebo różowo złotymi pasami, a wcześniej cała noc pod cudnie rozgwieżdżonym niebem, pomagają mi nie tylko pożegnać się w znakomity sposób z długo poszukiwanymi „rajskimi wyspami”, ale i wypoziomować i doprowadzić do pewnej harmonii rozlewające się od kilku dni po całym ciele endorfiny, dopaminy, serotoniny i inne hormony szczęścia i płynnym, jak prom po falach, ruchem, przejść do ostatniego etapu wędrówki przez przepiekną Sulawesi.

Na dotarcie do lotniska w Manado zostawiłem sobie 7 dni, z których dwa już wykorzystałem w Wakai. Zostało, zatem 5. Mam nadzieje, że tyle wystarczy, by odnaleźć jeszcze jakieś ciekawe, a może nawet urodziwe miejsce na północy wyspy. Jednak wysiadłszy na brzegu w porcie i rozglądając się po absolutnie mało przyciągającej wzrok okolicy, tracę nadzieję. Po spędzeniu kilku dni na wyspach Tonga, po fantastycznej wędrówce przez gościnną krainę Toradżów i górzyste centrum wyspy, nie sądzą bym znalazł tu jeszcze coś takiego, co wprowadziłoby mnie w porównywalny zachwyt. A może?

Póki co się jednak nie zanosi. Gorontalo, jak poprzednio Ampana, po drugiej stronie zatoki, to nie są miejsca, w których chciałoby się zostać dłużej niż trzeba. Tego samego zdania jest również kilku turystów, poznanych właśnie na niewielkim autobusowym dworcu. Razem jest nas ośmiu: czwórka Szwedów, dwóch Brazylijczyków, jeden Francuz i ja, czyli w sam raz, by wynająć 9 osobowy samochód i nie bacząc na rozkłady jazdy autobusów, bezpośrednio i szybko dotrzeć do Manado. Mnie się wprawdzie aż tak nie spieszy, ale, że okazja nadarza się przednia, a pogoda gwałtownie się psuje, zapowiadając nadchodzące ulewy, przeto skwapliwie z niej korzystam. Czy to dobrze? Przecież chciałem po drodze szukać jeszcze jakiś fajnych miejsc. Na razie nie wiem, ale czas jak zwykle wkrótce mi to wyjaśni.

Po 10 godzinach jazdy z dwoma postojami i fantastycznymi widokami za oknem docieramy na miejsce. Moi współtowarzysze spieszą się na lotnisko. Jutro mają samolot. Ja rozglądam się za noclegiem. Do mojego odlotu zostało 4 dni, więc może z pomocą miejscowych w hostelu lub wifi uda mi się w okolicy znaleźć coś, co nie pozwoli mi bezczynnie przesiedzieć ostatniego czasu na dającej mi jakże wiele zadowolenia i wrażeń wyspie? A w sumie, kto powiedział, że nie można posiedzieć bezczynnie? Czy zawsze trzeba czegoś szukać i za czymś gonić? Może warto przez jeden, lub dwa dni wtopić się w tłum mieszkających tu ludzi i nic nie robiąc po prostu ich obserwować i żyć ich życiem? Jest to pewna opcja, chociaż najchętniej pomieszałbym ją jeszcze z jakąś pikantniejszą przyprawą i normalne codzienne życie tubylców ubarwił przynajmniej jednodniowym wypadem za miasto.

W hostelu niedaleko lotniska, sprawa rozwiązuje się niejako z miejsca. Rzut oka na mapę sprawia, że od razu wiem, jak zagospodarować ostatnie dni. Jutro pojadę z powrotem na południowy zachód, ale już nie tak daleko, tylko jakieś 40 km do Tomohon, w którego okolicy widzę kilka wulkanów i mnóstwo rzek Jak są rzeki to jest i szansa na wodospady 😉 . Pohulam sobie samotnie po zielonej naturze jeden, dwa dni, a wróciwszy potem do Manado, na samą końcówkę wtopię się w tłum tutejszej ludności i ostatni dzień spędzę w jednym z największych miast Sulawesi.

Tomohon najpierw nie robi na mnie dobrego wrażenia. Tym bardziej, że ani pogoda mi nie sprzyja, ani nie bardzo potrafię znaleźć jakieś przyzwoite lokum, na co najmniej dwie noce. W końcu jednak wszystko się jakoś układa i pod wieczór mam już niezły pokój w oddalonym nieco od centrum małym sympatycznym domu z ogrodem, a przecierające się powoli niebo zwiastuje, że jutrzejszy dzień może uda się przejść suchą nogą.

Tak do końca suchą się nie udaje, ale cóż znaczy tych kilka rzęsistych opadów, nietrwających dłużej niż półgodziny, w porównaniu z całym niesamowicie urozmaiconym dniem i kilkudziesięcioma kilometrami wędrówki po takich miejscach, o jakich przy śniadaniu nie mogłem nawet marzyć. Wszystko zaczyna się od marszu w kierunku wulkanu Empung. Dlaczego wybieram akurat ten? Nie wiem. W okolicy jest ich kilka, wszystkie masywne i urocze, ale jakoś ten z obciętym stożkiem najbardziej mi się podoba, no i jest najbliżej. Na początku wędrówki nie mam pojęcia, czy będę go w ogóle zdobywał, znaczy wchodził na jego szczyt, czy tylko zbliżę się do jego stóp? Pogoda jak wspomniałem znacznie się skaprysiła. Ciężkie, dosyć ciemne chmury wróżą rychłą ulewę, więc zawczasu nie podniecam się kilkugodzinną wyprawą na szczyt, ale na wszelki wypadek oprócz peleryny i przeciwdeszczowego ochraniacza na plecak, pakuję prowiant i wodę na cały dzień. Niebawem okaże się, że jest to wyśmienity pomysł.

Na wulkan faktycznie nie wchodzę. Idąc w jego kierunku dosyć długo biję się z myślami – wchodzić czy nie wchodzić i w końcu odpuszczam. Złowrogie gromadzące się nad głową chmury, z których pewnie zaraz lunie struga wody podobna do strugi żaru, który teraz spadając z tej samej strony, powoduje uczucie odklejania się skóry od ciała, trudność ze znalezieniem drogi przez gęstniejącą dżunglę, coraz ładniejsze widoki dokoła wulkanu, a nade wszystko słupy dymów widoczne daleko, tuż przed horyzontem, definitywnie dokonują wyboru. Zostawiam wulkan i idę w kierunku unoszących się nad lasem dymnych pióropuszy, wierząc, że po drodze znajdę trochę cienia, gdy będzie upał i kawałek schronienia, gdy będzie lać. To już drugi dzisiejszego poranka pomysł, który również niebawem okaże genialny.

Wyrobiona kilkoma laty podróży intuicja (wypadkowa doświadczeń i przeczuć) i tym razem mnie nie zawodzi. Nie sądziłbym, że zmieniając plany, rezygnując z niewątpliwie atrakcyjnej rzeczy, jaką jest wejście na wulkan, można maszerując w nieznanym kierunku natknąć się na tak wiele fantastycznych, różnorodnych, cudownych miejsc, które z nawiązką wynagrodzą, nawet najpiękniejsze roztaczające się z wierzchołka wulkanu, widoki. Czegóż to ja dzisiaj nie oglądam. W ciągu jednego, jedynego dnia, przeczłapawszy z buta kilkadziesiąt kilometrów przez łąki i pola, szerszymi i węższymi drogami, leśnymi traktami i niezbyt przetartymi ścieżkami docieram do szeregu pionowych słupów dymu, które okazują się wyziewami z ukrytych w lesie gejzerów. Znajduję wspaniały, ukryty w zielonej gęstwinie dżungli wodospad. Wchodzę na kilka, jak zwykle w Indonezji kiczowato ustrojonych w serduszka i napisy „I love”,  punktów widokowych z bajecznymi widokami na pokryte polami ryżowymi doliny. Odkrywam ciemne długie, ukryte dla mało spostrzegawczego oka, jaskinie i wydrążone w górach tunele, pamiętającye krwawe jatki z wyzwoleńczej wojny przeciw Holandii 1945 – 1949. Spaceruję po małych zapadniętych i zapomnianych cmentarzach, oraz tych dużych, nowych z kolorowymi portretami zmarłych, dających poczucie jakby nie odeszli od swoich bliskich na zawsze. No i przy tym wszystkim obserwuję życie w oddalonych od głównych dróg i cywilizacji wioskach z cudownymi mieszkańcami i ich obyczajami. Gdy dodam, że w ciągu kilku godzin wędrówki kilkakrotnie mierzę się z ogromnymi ulewami, które w ciągu kilku sekund przemaczają mnie na wylot i z jeszcze większymi upałami, które po zniknięciu chmur, jeszcze szybciej mnie suszą i ponownie moczą, tylko, że tym razem potem, łatwo będzie zrozumieć ile niespodziewanych przygód i przeżyć zgotował mi ten jeden jedyny dzień, który kilka godzin temu w ogóle na taki się nie zapowiadał. 

Naturalnie o każdym z wyżej wymienionych miejsc, mógłbym długo pisać, próbując przybliżyć, jakie wywołało we mnie emocje, ale fakt, że jest ich tak dużo, że są tak różnorodne i że zmieniają się tak szybko, nie pozwala mi uchwycić ich wszystkich w jedną nadającą się do opisania i przeczytania (by nie zanudzić czytelnika) narrację. Wąska forma internetowego pamiętnika nie jest w stanie, z oczywistych względów, pomieścić wszystkich moich przeżyć, jednak było nie było o dwóch miejscach, które z tej wędrówki niechybnie najbardziej utkną mi w pamięci, muszę napisać, chociaż kilka zdań. Resztę mam nadzieję, w niewielkim stopniu, zobrazuje kilka zamieszczonych poniżej zdjęć. 

Pierwsze z tych miejsc, to wyłaniające się zza lasu słupy dymu, które przykuły moją uwagę, gdy podchodziłem pod wulkan Empung. Nie miałem wtedy pojęcia, co to może być. Pożar myślałem, albo co? Chociaż rzeczywiście na pożar to niezbyt wygląda. Dymne słupy są zbyt regularne, no i nie ma łuny, którą w takim wypadku musiałoby być widać z daleka. Więc co? Gejzery? Na tak sejsmicznej ziemi, jaką jest Indonezja i w pobliżu wulkanu, to chyba najrozsądniejsze wytłumaczenie – myślę sobie, chociaż spoglądając w ogromne, sięgające nieba, białe pióropusze dymu, nie chce mi się w to wierzyć. Jak na wyziewy gejzerów wydają mi się zbyt wielkie. Takich nie widziałem ani w Nowej Zelandii, ani nawet w Yellowstone w USA. Prawda jest taka, że jest to piekło! Jeżeli takowe istnieje, to właśnie tak musi wyglądać. Porozrzucane w promieniu kilkuset metrów, a może nawet kilku kilometrów głębokie dziury z wydobywającymi się z nich piekielnymi wyziewami, wszechobecna gorąca, bulgocząca szaro brunatna maź, spływająca po kamienistych zboczach gorąca lawa, obłoki gryzącego oczy dymu i zatykający dech zapach siarki, jednoznacznie wskazują, że przechodząc po drewnianej kładce nad bulgoczącą, syczącą, ziejącą ogniem i dymem błotną kałużą, zbliżam się do pierwszego dantejskiego kręgu. Dziwne tylko, że jestem tu sam. Wkoło nie widać nie tylko przewodnika Wirgiliusza, ale żadnej innej żywej, czy umarłej duszy. Czyżbym był jedynym grzesznikiem rzuconym w ten kąt piekła?  – zdumiewam się strwożony, czując jak cierpnie mi skóra. Strasznie dziwnie być tu samemu. Szybko obchodzę pierwszy, a może i drugi krąg, mocno starając się nie wpaść do stożka i gdy już dostatecznie nawdycham się siarki, naskaczę przez błotniste gorące lawy, nafotografuję, nafilmuję (bo przecież i głos wydobywający się z piekielnych czeluści trzeba uwiecznić), czując, że odpokutowałem wszystkie grzechy, jeszcze szybciej opuszczam to, z jednej strony przeraźliwie piękne, a z drugiej cudownie okrutne miejsce. Zostawiając za sobą piekło wracam na zieloną leśną drogę w kierunku sporego błękitnego, otoczonego kolorową roślinnością jeziora, wyglądającego w tych warunkach niewątpliwie, jak skrawek raju.

Drugim, równie ekscytującym, aczkolwiek znacznie mniej demonicznym, a znacznie bardziej anielskim miejscem, jest schowany głęboko w dżungli wysoki, odbijający się od lśniących skał wodospad. Chętnie wyskoczyłbym z przemoczonych deszczem i potem ciuchów, które po całym dniu wędrówki (wodospad Air Terjun Tumimperas, to ostatni punkt, do którego udaje mi się dzisiaj dotrzeć) szczelnie oklejają moje równie mokre, co zmęczone ciało i wykąpał się pod spadającą z kilkunastu metrów strugą wody. Po chwili namysłu zdaję sobie jednak sprawę, że to niezbyt mądry pomysł. Gdybym w plecaku, miał jeszcze coś suchego do przebrania, to pewnie bez namysłu zrzuciłbym wszystko i stał trochę dalej niż teraz, gdy w pełnym ekwipunku pozuję do zdjęcia. Bez możliwości przebrania nie odważam się nawet odklejać od siebie przemoczonych ubrań, a co dopiero ponownie je na siebie wkładać. Trudno – może jest to powód, by jeszcze raz tutaj kiedyś zawitać – powtarzam sobie w głowie, jak zawsze, gdy opuszczam cudowne miejsca, nie spełniając wymarzonej w tej chwili czynności. Takich miejsc, do których chciałbym wrócić i coś w nich jeszcze zrobić, mam na swojej mapie świata już kilka. Teraz dochodzi jeszcze jedno, a mnie nie pozostaje nic innego jak posiedzieć chwilkę na skraju wytworzonego pod wodospadem jeziorka, pstryknąć kilka pamiątkowych fotek, i rzuciwszy po raz ostatni okiem na wypływający z zielonej dziupli lasu strumień wody, rozpocząć żmudną wspinaczkę po stromych zboczach gęsto porośniętych mchem i krzakami, śliskich skał.

Patrząc bardziej na zegarek, niż na słońce, które tylko od czasu do czasu wyłania się zza burzowych chmur, czuję, że najwyższy czas zacząć szukać drogi powrotnej do domu. Co, jak co, ale szukanie w Indonezji jakiejkolwiek drogi po ciemku, nie należy do rzeczy prostych, a przy moim zmęczeniu i znacznym oddaleniu od Tomohon, chyba nawet niemożliwych. O ile nie znajdę jakiegoś lokalnego środka transportu lub przynajmniej nie złapię stopa, to mogę mieć niezłe problemy – uświadamiam sobie, wychodząc w końcu na górę, dochodząc do głównej drogi i spoglądając na coraz bardziej ciemne niebo. Cały dzień wędrowałem sobie powoli, nie licząc się z czasem, który teraz znacznie przyspiesza i nawet zaczyna mnie przeganiać. Na szczęście nie długo. Drugi, albo trzeci mały, kolorowy autobusik, kursujący prawdopodobnie między porozrzucanymi dookoła wioskami, zatrzymuje się przede mną dokładnie wtedy, gdy lejący już od kilku minut deszcz zamienia się w monsunową ulewę. Czas znowu zwolnił, zaczyna przegrywać i mimo, że kluczymy trochę od wsi do wsi, nadrabiając mnóstwo kilometrów, to w samą porę, przed nastaniem zupełnych ciemności, docieramy na miejsce, a pierwsze, co robię po przekroczeniu domowego progu to z radością odklejam i zrzucam z siebie przemoczone do suchej nitki ubrania.

Ostatni dzień przed opuszczeniem jakże cudownej, gościnnej i pełnej niespodzianek Sulawesi, spędzam snując się leniwie wąskimi uliczkami ludnego, dosyć głośnego i jak na duże miasto, w tej części świata przystało, niezbyt czystego Manado. Tu coś zjem, zdając sobie sprawę, że żegnam się z indonezyjską kuchnią, jeżeli nie na zawsze, to na pewno na długo, tam przysiądę i zapatrzę się w kolorowych, uśmiechniętych ludzi, wiedząc, że i z nimi, i z ich kulturą też nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle przyjdzie mi się jeszcze spotkać i tak na spacerze, obserwacji i degustacji mija cały dzień.

Wieczorem, pakując plecak, sprawdzając bilet i ostatecznie przygotowując się do opuszczenia trzeciej największej indonezyjskiej wyspy, zdaję sobie sprawę, że po dysonansie poznawczym, który odczuwałem trzy tygodnie temu, gdy wychodząc z promu, stawiałem nogę na drewnianym pomoście w Pare Pare, od bardzo dawna nie ma już śladu. Wtedy nie wiedząc, co mnie tu czeka, z jednej strony obawiałem się nowego miejsca nieznanej kultury, obcych ludzi. Niepewność, jak pamiętacie podsycana była jedynie strzępami informacji o tym odległym zakątku świata, że brak lokalnej samochodowej komunikacji, że złe drogi, że mało rozwinięta cywilizacja itd., itp. Z drugiej strony ciekawy jak zwykle odkrywania nowych miejsc i gościnności pierwszych spotkanych w Pare Pare ludzi biłem się z myślami: wędrować przez całą wyspę, czy szukać innego szybszego i bezpieczniejszego połączenia statkiem lub samolotem. Jedno szczęście, że wybrałem to pierwsze i dzisiaj na kilka godzin przed odlotem z czystym sumieniem i pełną odpowiedzialnością mogę wszystkim szukającym przygód czy ciekawych miejsc polecić indonezyjską Sulawesi lub jak to woli Celebes i zapewnić, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Ja znalazłem wszystko. 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł