Po krótkim, ale intensywnym pobycie w Europie (o wędrówkach po Bieszczadach, Górach Sowich i Eifel napiszę w osobnych artykułach) z wizą do Rosji i Chin (po tą drugą trzeba specjalnie lecieć do chińskiej ambasady w kraju, w którym jest się zameldowanym – nigdzie indziej na świecie jej nie wydadzą) wracam jeszcze bardziej na wschód niż byłem dwa miesiące temu. Przeleciawszy nad ośnieżonymi Alpami, wyprostowawszy chwilkę nogi w kolebce Europy, po następnych prawie 12 godzinach w obłokach, w niezbyt wygodnej pozycji (jak to zwykle w samolocie), wysiadam w końcu, niezmiernie zmęczony w Seulu, stolicy Południowej Korei.

Po drodze z Europy do Azji trzeba przeżyć zimę. Dobrze, że krótko i tylko z lotu ptaka.

Przejście przez biuro migracyjne i odebranie z taśmy bagażu dzieje się tak sprawnie i szybko, że nie zdążam się jeszcze w pełni oswoić z nową rzeczywistością, a już jestem w nowym, (którym? – nawet nie liczę) zupełnie obcym państwie. Obładowany jak zwykle dwoma plecakami, stoję na stacji metra i zastanawiam się co dalej? Dalej muszę się dostać do centrum. Gdzieś tam mam zarezerwowany hostel i wydaje się, że dotarcie do niego nie sprawi mi problemu. Już nie raz, nie na jednym dworcu stałem z podobnym problemem i zawsze jakoś szło. Tym razem pewnie też pójdzie tylko najpierw muszę się przyzwyczaić do dużych, zupełnie nieprzemawiających do mnie napisów w koreańskim, podobnym do chińskiego alfabecie i małych prawie niewidocznych tłumaczeń w języku angielskim. Zanim łapię, o co w tym wszystkim chodzi, już podchodzi do mnie kobieta i bardzo łamanym angielskim próbuje pomóc. Wspólnymi siłami kupujemy w automacie bilet do stacji Hongik University (bardzo uważnie się przyglądam i rejestruję przyciskane obrazki, bo pewnie niedługo będę musiał radzić sobie sam) i po kilkunastu minutach jazdy wysiadam niedaleko czerwonego punktu zaznaczonego na mojej Google map. Problem w tym, że nie mam Internetu, więc Google mnie nie poprowadzi, a wyjść w Seulu z metra też okazuje się nie takie proste. Znaczy się wyjść to nie sztuka, ale wyjść w odpowiednim miejscu to dopiero wyzwanie. Tu gdzie jestem wyjść, czyli exitów jest 14, a które właściwe? Tam u góry (jak się niedługo przekonam) przejście z jednej strony skrzyżowania na drugie to niezły wyczyn, a wejście z powrotem do metra bez biletu jest już niemożliwe. Szczęściem i tym razem los o twarzy starannie ogolonego mężczyzny w średnim wieku, uśmiecha się do mnie i po raz drugi w ciągu niecałej godziny Koreańczyk wyciąga mnie z kłopotu. Patrzy na mapę na moim telefonie, potem porównuje ze swoją, by w końcu wydać werdykt – exit number one. Thank You – mówię, myśląc jednocześnie jacy Koreańczycy, podobnie jak inne spotykane do tej pory nacje, są uczynni, pomocni i serdeczni. To fajnie – znaczy się w Korei nie zginę. Z tym, jakże ważnym w podróży spostrzeżeniem, staję przed dosyć już teraz szybko znalezionym, hostelem. Tutaj sprawy toczą się równie sprawnie jak we wszystkich hostelach na całym świecie – no prawie wszystkich. Kasa, wyrko, szafka, tu bathroom, tam kitchen i wszystko jasne. Nareszcie mogę zrzucić plecak, rozprostować nogi i ułożyć plan ”co dalej”.

Planowanie to najtrudniejsza robota w podróżowaniu. Trzeba szukać, czytać, zapisywać albo przynajmniej zapamiętywać i później starać się by niczego nie pominąć.  Zajmuje to zawsze sporo czasu. Dużo wygodniej byłoby bez planu, ale z drugiej strony też dużo biedniej i bardziej stresująco. Zatem niech będzie trochę planu – czy się go będę w 100 % trzymał to już inna sprawa. Plan jest prosty, bo mam mało czasu i wybrałem to co najważniejsze:  1 wzgórzami i murem dookoła miasta, 2 pałac Gyeongbokgung, 3 Brama Dongdaemun, 4 dzielnica Bukchon, 5 DMZ, 6 Park Narodowy Bukhansan.

Żeby poznać Seul trzeba go najpierw zobaczyć, a żeby go zobaczyć najlepiej zrobić to z pewnej wysokości. W takim razie zacznę od wspięcia się na wzgórze tuż za miastem (dokładnie według planu chacha (pkt. 1)). Ładniej pewnie byłoby go widać z wysokiej na 480 m N Seul Tower, ale dla mnie to i zbyt nudne i zbyt drogie (wjazd windą 10 Euro). Ubieram zatem buty, biorę odpowiednią ilość wody i ruszam w górę.


Widać, że dookoła Seulu rozciągają się jakieś wzniesienia. Chyba od nich zacznę moją przygodę z tym miastem.


Ponownie dzięki pomocy stojącej na przystanku dziewczynie, mówiącej równie licho po angielsku jak ja, daję sobie jakoś radę z autobusem jak wczoraj z metrem. Powoli seulska komunikacja miejska przestaje mnie przerażać. Mimo, że wszyscy bez wyjątku posiadają plastikowe karty, którymi płacą i w metrze i w autobusie to istnieje możliwość każdorazowo przy wsiadaniu płacić u kierowcy. Jestem jedyny, który korzysta z tej możliwości. Każde wejście do autobusu to koszt 1300 wonów (dokładnie 1 Euro = 1300 KRW ), więc zazwyczaj by nie przedłużać mam tyle odliczone w garści. 1 Euro za przejazd wydaje się niewiele, ale gdy do celu dotrzeć trzeba dwoma lub trzema autobusami i potem jeszcze wrócić to robi się już 4 lub 6 euro i to już wcale nie jest mało. No nic – tym razem do przystanku Dongnimmun dojeżdżam jednym autobusem i dopiero tutaj zaczynają się schody. Te dosłowne i te w przenośni. Najpierw te w przenośni, bo nie dość, że naszukałem się ich między blokami to jeszcze okazuje się, że prowadzą wszędzie tylko nie tam, gdzie chcę. Jestem w jakimś usytuowanym na zboczu góry miejskim parku i każda droga, każde schody, każda ścieżka prowadzą albo do kortów tenisowych, albo do siłowni pod gołym niebem, albo na most, polanę, punkt widokowy czy plac zabaw. Za każdym razem dowiaduję się, gdzie jestem dopiero po wejściu no, bo przecież drogowskazy z koreańskimi rysunkami nic mi wcześniej nie mówią. Tak więc: góra dół, dół góra aż w końcu z któregoś punktu widzę ciągnący się w dali kamienny mur. Do niego zmierzam, więc teraz już mniej więcej wiem, w którą stronę się kierować. Po raz ostatni schodzę do poziomu 0 i po raz ostatni pokonuję kilkadziesiąt stopni wzwyż by nareszcie stanąć pod prastarym seulskim murem, który o zgrozo pnie się dalej do góry. Tak, więc schodów ciąg dalszy – tym razem już jednak tylko tych faktycznych. Na szczęście szyld ustawiony zaraz przy wejściu na mur informuje, że od tej pory będzie już tylko gwiżdżąco, czyli lekko, no chyba, że obiorę ścieżkę obok – to może być turlająco, czyli ciężko. Tak to rozumiem i dalej trzymam się już tylko prawej strony. Lekko nie jest, ale gwiżdżę na to. 

Na samym szczycie, jak to zwykle na szczycie bywa, mój gwizd zamienia się w bezdźwięczne – wow. Bezdźwięczne, bo przeważnie w takich sytuacjach widok tak zapiera dech w płucach, że oprócz cichego – wow, ciężko coś z nich wydobyć. Tym bardziej, jeżeli są to dwa widoki. Jeden ten wspaniały na położony w dole Seul i drugi pokazujący wijący się po pagórkach (czyli przede mną jeszcze dół góra, dół góra parę razy) XIV wieczny mur. XIV wieczny, czyli nie taki stary, bo rozpościerające się pod nim miasto pamięta jeszcze tak zwany okres trzech królestw: Goguryeo, Baekje i Silla, które władały Półwyspem Koreańskim od I do VII wieku, a z niektórych źródeł wiadomo, że pierwsze osadnictwo rozpoczęło się tu już około 4000 lat temu. Jednak najwspanialszy czas miasta przypada na wspomniany XIV w i to też z tego czasu zachowały się najwspanialsze zabytki w większości wpisane na listę UNESCO. Największy i najważniejszy z nich to kompleks pałacowy Gyeongbokgung, do którego udam się, jak tylko poradzę sobie z murem. To punkt  2 na mojej liście.

Zejście z muru i trafienie do centrum miasta, mimo, że przed chwilą miałem je przed samymi oczami, wcale nie jest prostą sprawą. Schody, parki i kręte dróżki powodują, że zanim dochodzę do bram pałacu Gyeongbokgung, mijając położony w najbliższym sąsiedztwie, silnie strzeżony pałac prezydenta upływają ponad dwie godziny i zaczyna mi burczeć w brzuchu. Obiad czy zwiedzanie, zwiedzanie czy obiad? Ten dylemat rozwiązuje mi się szybciej niż przypuszczam. Aczkolwiek nie wiem czy jestem z tego powodu szczęśliwy, bo cały plan odwraca mi się do góry nogami. Otóż okazuje się, że kompleks pałacowy Gyeongbokgung we wtorki jest zamknięty, a nie muszę dodawać, bo widać to po zamkniętych bramach, że dzisiaj jest właśnie wtorek. No cóż – zmieniam plan, ale najpierw obiad. Pyszne koreańskie pierogi

Trudno się oprzeć widokowi parujących garnków, zwłaszcza jeżeli w brzuchu burczy, a w każdym garnku parzą się pyszne pierogi podawane z ostrymi sosami.


Dzięki chodzącej, ogromnie sympatycznej i pomocnej „informacji turystycznej” zmiana moich planów jest niezmiernie łatwa.

Po konsultacji z „chodzącą informacją turystyczną” zaznaczam na swojej mapie zwiedzania stolicy Korei Południowej, nową marszrutę. To co miało być kiedy indziej przesuwam na teraz, a zamknięty pałac Gyeongbokgung automatycznie spada na koniec kolejki, na kiedyś indziej.

Zaczynam od Muzeum Narodowego, The National Folk Museum of Korea, które mam tuż pod nosem. Już przy samym wejściu jestem pod dużym wrażeniem. Przed główną salą muzealną umieszczoną w starym, kilkukondygnacyjnym pałacu, rozlokowano tradycyjne koreańskie zabudowania z minionych epok. Przyjemnie zajrzeć przez niedomknięte drzwi lub otwarte okno do wnętrz wydawałoby się, że jeszcze niedawno zamieszkałych domostw i wyobrazić sobie jak onegdaj przebiegało życie ich właścicieli. Trudnej jest, gdy dochodzę do nowszych dzielnic. Jak to już niestety coraz częściej bywa, gdy zwiedzam muzea tak i tu, przeszedłszy krętymi uliczkami z bardzo odległych czasów dochodząc do tych już mi bliższych, a jednak zakwalifikowanych, jako historyczne, łapie mnie nostalgia. Salon fryzjerski czy szkolna klasa w jednym z mijanych drewnianych domków do złudzenia przypominają te, z moich dziecinnych lat – ech jak ten czas leci.

Główna sala muzeum to 3 galerie z ponad 4000 eksponatów. Nie wolno tu się spieszyć, bo zbiorów nie tylko jest wiele, ale są też wspaniałe.

Potem przychodzi kolej na kompleks pałacowy Changdeokgung, który może nie jest tak znany i podziwiany jak Gyeongbokgung, ale równie piękny, a ponadto posiada fantastyczne ogrody (najlepiej zwiedzać wiosną, gdy kwitną, przynajmniej takie mam wrażenie po obejrzeniu paru fotek z tego okresu) i przede wszystkim jest otwarty.

Pałac Changdeokgung (w tłumaczeniu Wielce Cnotliwy) wpisany na światową listę dziedzictwa kulturowego, powstał w latach 1405 – 1412 i jest jednym z pięciu jeszcze zachowanych pałaców dynastii Joseon. Dynastii, która nie tylko była ostatnią dynastią w Korei o charakterze konfucjańskim, ale też najdłużej jej panującą (1392 – 1897). Od 1907 roku w pałacu Changdeokgung mieszkał ostatni król Korei Sunjong, a po jego abdykacji w roku 1910 (wojna z Japonią) i śmierci w roku 1926 w pałacu aż do 1989 roku pozostawała jego rodzina. Teraz, po udostępnieniu szerokiej publiczności można się przechadzać po jego parkach, pstrykać nieskończoną ilość zdjęć i napajać oczy przepiękną XIV –XV wieczna architekturą. Tak też robię.

I na końcu pozostaje spacer po wąskich, nad wyraz klimatycznych uliczkach dzielnicy Bukchon Hanok. Przyjemnie zgubić lub zagubić się, jak kto woli, między setkami tradycyjnych koreańskich domów (hanok) nie zdając sobie sprawy, że czas nie zatrzymał się w miejscu jakieś kilkaset lat temu.

Dopiero widok z Tarsu, na chowające się za potężne drapacze chmur słońce, każe powrócić do rzeczywistości i zacząć rozglądać się za powrotną drogą do domu. Wprawdzie komunikację seulską już, jako tako obczaiłem, ale jeszcze nie na tyle by ryzykować powrót późną nocą. Ze ślicznego położonego na wzgórzu Bukchon czym prędzej schodzę na dół, a potem jeszcze niżej, bo pod ziemię i metrem, jak stary mieszkaniec Seulu, wracam do mojej bazy.  

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł