W Bangkoku stolicy Tajlandii, podobnie jak w Denpasar na Bali, czuję się może jeszcze nie jak u siebie w domu, ale bardzo, bardzo swojsko. Dokładnie wiem, gdzie wszystko jest: gdzie wymienić pieniądze, gdzie kupić autobusowy bilet i którym autobusem dojechać do miasta. Cała operacja opuszczenia bardzo dużego lotniska, łącznie z odprawą paszportową, nie trwa dłużej niż godzinę. Po niecałej następnej, spędzonej w autobusie, wysiadam na małym placu, niedaleko hostelu, który opuściłem prawie dwa miesiące temu, zostawiając w nim większość swoich rzeczy. Od tego czasu absolutnie nic się tu nie zmieniło. Nawet taksówkarze, mototaksówkarze i rykszarze, siedzący obok na murku, wydają się znajomi i chyba nawet siedzą w tej samej pozycji i na tym samym miejscu. Stragany z najpyszniejszym na świecie, czyli tajskim jedzeniem, też stoją jak stały, a ich właściciele niezmiennie kuszą tym, co kryje się w wielkich metalowych garnkach. Jedyna nadzieja, że to, co tak ładnie pachnie spod unoszącej się od czasu do czasu pokrywki, nie zalega w środku również od ostatniego mojego tu pobytu. Nie. Nie ma obawy. Na tajskie uliczne jedzenie daję gwarancję. Zawsze jest świeże i zawsze pyszniutkie. Na miseczkę ryżu polaną ostrym sosem nie trzeba mnie długo kusić. Tym bardziej, że doba hotelowa zaczyna się dopiero za dwie godziny, także czasu mam po dziurki w nosie albo i jeszcze wyżej. Hostel jest 10 minut stąd, a po nocy spędzonej na lotnisku na Bali, po przeprawie z Indonezji do Tajlandii, po autobusowej przejażdżce przez cały Bangkok, głodny jestem jak wilk. Jeszcze dwa kroki i kulinarnym wspaniałościom i zapachom, drażniącym wszystkie moje zmysły nie daję szans. Coś wspaniałego. Warto było znowu przylecieć do Tajlandii. Mniam.

Hostel, w którym zamierzam spędzić ponad tydzień dzielący mnie od następnego lotu, tym razem na Sri Lankę, znajduje się w samym środku najbardziej turystycznej dzielnicy miasta. Zrobiłem tak umyślnie. W trakcie poprzednich pobytów w stolicy Tajlandii mieszkałem w spokojnej, mało turystycznej części po drugiej stronie rzeki Chao Phraya i cały czas poświęcałem na zwiedzanie świątyń, muzeów, parków, czyli wszystkiego, z czego słynie Bangkok. Wszystkiego oprócz właśnie turystycznego, gwarnego, przesączonego piwem, pikantnym jedzeniem i głośną muzyką życia po godzinach. Teraz chcę to zmienić, zwłaszcza, że przede mną dwa bardzo poważne i pewnie hucznie obchodzone święta. Już jutro Wigilia i Boże Narodzenia, a za tydzień Sylwester i Nowy Rok. Na Sri Lankę lecę dopiero 02.01.2020. I właśnie dlatego tym razem mieszkam tuż przy ulicy Khao San Road, która w każdym przewodniku i na każdej mapie Bangkoku zaznaczona jest, jako największa turystyczna atrakcja typu „Night Life”. Na Khao San Road i w okolicy pełno jest sklepów, restauracji, barów, dyskotek, a życie zaczyna się tu dopiero wtedy, gdy w innych dzielnicach zasypia. 

Święta mijają mi bardzo spokojnie. Mimo, że Tajlandia nie należy do obszaru kultury chrześcijańskiej, ale i tu widać przyozdobione choinki, biegających z prezentami Mikołajów, a gdzieniegdzie nawet i bożonarodzeniowa szopka się znajdzie. Świąteczny nastrój panuje naturalnie nie tylko w kilku katolickich kościołach, ale także, a może niestety przede wszystkim, w galeriach handlowych, w których oprócz wystroju daje się słyszeć świąteczne pieśni i kolędy. Atmosfera zatem jest. Gorzej z kuchnią. Wprawdzie piszę i zawsze będę powtarzał, że tajlandzkie curry i temu podobne należą do najlepszych na świecie, ale 24 grudnia przydałby się jednak jakiś barszczyk z uszkami, kapusta z grzybami, czy moje ulubione makówki. Od sześciu lat tego w moim wigilijnym jadłospisie niestety nie ma. Niemniej w ramach możliwości staram się jakoś ten jeden jedyny dzień w roku odróżnić od pozostałych i chociaż nie mam co liczyć na tradycyjnie zastawiony stół, to jednak miast spędzić wieczór przy garkuchni na ulicy (jak to mam w zwyczaju), tego dnia wybieram się do niezłej, może być nawet drogiej, najchętniej tradycyjnej restauracji i zamawiam menu składające się z kilku potraw i koniecznie deseru.

Pierwszy dzień świąt też bardzo różni się od tego tradycyjnego sprzed podróżniczego życia. Zamiast pasterki, zamiast odwiedzin rodziny i ciągłego siedzenia przy stole, czy oglądania telewizji, jest najpierw długi poranny jogging, potem najwspanialsze śniadanie z litrowym sokiem ze świeżo wyciśniętych tropikalnych owoców i w końcu spacer nad rzeką i jeszcze dłuższa niż rany jogging medytacja w towarzystwie złotego Buddy. Inaczej niż w Europie? No pewnie, że inaczej, ale czy gorzej? Nie sądzę.

Tydzień między świętami, a Sylwestrem mija, jak z bicza strzelił. Między innymi, dlatego, że od 27 grudnia nie jestem sam. Może trudno to sobie wyobrazić, ale i takie niespodzianki w podróży przez świat się zdarzają. Niektórzy stali czytelnicy pewnie pamiętają, jak na rosyjsko-mongolskiej granicy poznałem Kathie i Jensa i jak później aż do Ułan Bator przeplatały się nasze podróżnicze ścieżki? W Ułan Bator widzieliśmy się po raz ostatni. Oni czekali na wizę do Chin i ruszyli w kierunku państwa środka tydzień po mnie, a że przemierzali Chiny w zupełnie innym niż ja kierunku, szans na spotkanie nie było żadnych. Kilkakrotnie pisaliśmy oczywiście do siebie, ale nikt z nas się nie spodziewał, że los tak wszystko i im i mnie zaplącze, że ponownie się spotkamy właśnie tu w Bangkoku. Radości i opowiadań, kto gdzie był i jak tu dotarł, nie ma końca. A jak już się naściskamy i nagadamy to oczywiście planujemy wspólne zwiedzanie miasta (ja z racji mojego kilkukrotnego tutaj pobytu robię za przewodnika, co nie jest trudne, bo prawie na każdym rogu ulicy są mapki z zaznaczonymi atrakcjami), wspólne piwo i naturalnie umawiamy się na wspólny wślizg w Nowy Rok.

Jakby tego typu niespodzianek było mało to, chociaż wiem, że trudno w to uwierzyć, spotykam jeszcze jednych znajomych. Tym razem Jurgena i Basię z Erftstadt koło Aachen. Kiedyś, dawno, dawno temu, zaraz po przesiedleniu się z Polski do Niemiec, czyli w początkowych latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, pracowałem, jako agent ubezpieczeniowej w maklerskiej firmie Konzeption. Jurgen Küsgen był jej szefem, a Basia, jak i ja jednym z pracowników. Po kilku latach pracy w ubezpieczeniach los rzucił mnie na zupełnie inne tory i zająłem się turystyką, a Basia z Jurgenem nie tylko dalej rozwijali firmę, ale stworzyli również wspaniale do dzisiaj funkcjonującą parę małżeńską. Teraz, po hm… z górą 20 latach spotykamy się w Tajlandii w Bangkoku, siadamy w jednym z licznych barów przy Khao San Road, pijemy piwo i wspominamy nie tylko bardzo stare czasy, ale i o tych nowych mamy sobie wiele do powiedzenia. Basia z Jurgenem też dużo podróżują po świecie i ku mojemu bardzo miłemu zaskoczeniu często, obierając kierunek następnego urlopu, kierują się moimi wpisami na blogu. O proszę – czyż to nie najpiękniejsza motywacja do dalszego spisywania moich przygód? A jakże.

Czas wspomnień mija jednak podobnie szybko, jak stary rok (jutro będzie już nowy), Jurgen i Basia z trudem pakują się do małej, kolorowej mototaksówki, a ja zostaję jeszcze chwilę na coraz bardziej głośnej i przygotowującej się do zmiany dwóch ostatnich cyferek w dacie roku, Khao San Road i z niedowierzaniem myślę, jakie los potrafi sprawiać niespodzianki. Czy takie również czekają na mnie w 2020 roku?

Stary rok kończy się więc w gronie przyjaciół – tych poznanych przed chwilą gdzieś na mongolskich stepach i tych sprzed kilkudziesięciu lat, poznanych w biurowych gmachach. Kończy się szampanem, piwem, głośną muzyką i niemożliwym do ogarnięcia wzrokiem rozkrzyczanym, falującym i coraz bardziej rozentuzjazmowanym nadejściem Nowego Roku tłumem na najbardziej turystycznej i tętniącym nocnym życiem ulicy Bangkoku. Ścisk jest tak wielki, że około 22 muszę spasować. Kathia i Jens zostają, przeciskając się raz w jedną raz w drugą stronę od knajpy do knajpy, a ja z trudem przepycham się w bok, opuszczając coraz szybciej falujący w rytm coraz głośniejszej muzyki tłum. Nowy Rok wolę powitać w zupełnie inny sposób.

O piątej rano, czyli mniej więcej o tej porze, gdy większość z wczorajszych balowiczów nie całkiem pożegnała się jeszcze ze Starym Rokiem i z bólem głowy, chwiejnym krokiem, powraca do domu, ja już w najlepszej komitywie, można powiedzieć, że pod rękę i na Ty z 2020 Rokiem, rozpoczynam tradycyjny noworoczny kilkunastokilometrowy jogging. Tym razem ulicami Bangkoku. 

Pewnie, że zastanawiam się, jaki on będzie, co mi przyniesie i co zmieni w moim życiu? Dzisiaj pisząc ten odcinek już wiem, że zmiany nadeszły wielkie i cały świat się zmienił. Wtedy nie mogłem o tym wiedzieć i nawet przez myśl mi nie przeszło, że moja podróż niebawem zostanie przerwana. Tym bardziej, że siedząc już w samolocie w kierunku Sri Lanki i patrząc na cudowny pode mną świat nic absolutnie nic takiej zmiany nie zapowiada. Wirusa Covid 19 jeszcze nie widać, nawet z samolotu.

Poprzedni Artykuł